Życie nie skończyło mi się po tym, jak skończyłam pięćdziesiąt lat. Jeszcze jest coś do przeżycia, do zobaczenia. No i mam dużo więcej dystansu, a wydaje mi się, że zwłaszcza nam, kobietom, brakuje dystansu do upływającego czasu, do wieku. Boimy się tego, a przecież dalej też może być fajnie.

Ostatnia spikerka publicznej telewizji?
Tak o mnie mówią. To prawda. Nikt już po mnie tego zawodu nie uprawiał.

Nikt też z pani rodziny nie pracował w mediach, kiedy Pani zaczynała. Tata - Wiesław Kokociński - naukowiec, a dziadek, Bronisław Kowalczewski, pułkownik Wojska Polskiego, wielki bohater, zamordowany przez gestapo w niemieckim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Ciekawa jestem, co Pani odziedziczyła po swoim niepokornym dziadku?
Trochę cech po nim mam. Dziadek umarł jako bohater, ale niestety, umarł. Był człowiekiem niezwykle zorganizowanym. Jak walczył, to do końca. Jak dostał się do niewoli, to powiedział, że nie zostawi swoich żołnierzy.

W oflagu był tajnym komendantem z ramienia Armii Krajowej, przygotowywał ucieczkę dla więźniów, a że świetnie mówił po francusku i angielsku, to i dawał lekcje swoim towarzyszom niewoli. Jak go Niemcy wzięli na tortury, to zginął, nie wydawszy nikogo. Człowiek hołdujący wielkim ideałom. Myślę, że odziedziczyłam po nim waleczność. Jestem też z tych, którzy pierwsi zatrzymują się przy wypadkach drogowych i chcą pomagać, biegną więc do wsi i załatwiają linę do wyciągania samochodu z rowu. Czasem bywa to jednak męczące…

Zawiesiła Pani głos, więc pewnie ma w zanadrzu jakąś opowieść?
Miałam raz taką sytuację, że zatrzymałam się przy samochodzie, myśląc, że coś się stało. Ujrzałam panią, która biegała wokół auta i waliła w szyby, a w środku siedział pan. Myślałam, że drzwi im się zatrzasnęły, że może w środku jest dziecko. Okazało się, że pan jechał z kochanką, a żona ich zatrzymała, stając samochodem w poprzek drogi. Doszło do szarpaniny, pani wyciągała kochankę za włosy przez szybę, pan złapał ją za szyję, jej coś strzeliło w kręgosłupie. Słowem afera, pogotowie, a ja pierwsza pomagałam ją ratować. Skończyło się tym, że pan z panią procesowali się przez pięć lat w sądzie, a mnie ciągle wzywali na świadka. Trudno mi być anonimową, rozpoznali mnie więc i znaleźli przez telewizję. Wtedy jeszcze pracowałam w TVP. Wzywa mnie nagle moja szefowa i mówi: „Policja cię szuka!” No i musiałam zeznawać w sądzie. Tak to bywa, kiedy człowiek zbyt angażuje się we wszystko, co się dzieje.

Wracając do telewizji: jakiego rodzaju jest to dla Pani pasja?
Po pierwsze, telewizja, to niestety, narkotyk. To miejsce, do którego człowiek jak już trafi, jak dobrze się w nim poczuje i je polubi, to wpada po uszy na całe życie. A jeśli to kocha, to rzeczywiście, trudno się bez telewizji żyje. I ma się duży problem z odwykiem. Śmiejemy się, że tak chyba jest z Krzysiem Ibiszem - że gdyby przestał pracować w telewizji, to by umarł, tak jest uzależniony. Ale myślę, że my wszyscy, jedni bardziej, drudzy mniej, jesteśmy uzależnieni, bo telewizja to sfera niezwykle wciągająca. Z drugiej strony, żeby w telewizji pracować, trzeba mieć dosyć, jak to nazywam, skomplikowaną osobowość. Widziałam bardzo wiele pięknych kobiet, zdolnych i utalentowanych, fantastycznie wykształconych, które przychodziły do telewizji. Pamiętam jedną z takich dziewczyn, która próbowała w zawodzie spikerskim; była po Sorbonie. Przepiękna. Nie wytrzymała presji, nie sprawdziła się przed kamerą.

Tymczasem ruda, piegowata…
Inna (śmiech).

Nigdy w Pani głowie nie powstała taka myśl, aby się przemalować na blondynkę?
Nigdy. Kiedy już zaczęłam się w tej telewizji pokazywać, to odkryłam, że ta inność wcale nie jest wadą, tylko atutem. Ludzie, którzy się niczym nie wyróżniają, nie mają szans w telewizji. To jest takie medium, które potrzebuje dziwolągów: psychicznych i fizycznych. Potrzebuje inności, ludzi z charakterem, charyzmą. Oczywiście, pracować może każdy. Ten, kto się dostanie z układu czy znajomości, bo ma kuzynkę, żonę, brata i tak dalej. Ale już wybić się to nie jest taka prosta sprawa. Publiczność jest tak samo bezwzględna, jak była w czasach rzymskich podczas walk gladiatorów - albo wzniesie palec do góry, albo w dół. Można się starać, ale jeśli nie masz oglądalności, nie przechodzisz przez ekran, nie sprzedajesz się, to cię nie ma. Muszę jednak przyznać, że praca w telewizji najbardziej odbiła się na moim synu, dla którego nie miałam czasu. No i na mężczyznach, dla których też nie miałam czasu (śmiech). Coś za coś. Nie można mieć w życiu wszystkiego. Coś poświęciłam, ale też coś zyskałam.

Co to znaczy - sprawdzić się przed kamerą?
Wiele razy pytano mnie, jak to jest, że jeden wchodzi i kamera od razu go kocha, momentalnie kupuje widzów, a drugi nawet może być w tej telewizji latami, a ludzie będą mówić: „Ten pan, czy ta pani z telewizji, jakże on, ona się nazywa…” - i nie są w stanie ich zapamiętać. Pytali mnie też: „Co trzeba mieć?” Odpowiadałam, że trzeba mieć to coś. A przecież nikt tego czegoś, tak jak Yeti, nigdy nie widział na oczy. Jak mówiłam, chodzi o specyficzne cechy charakteru. Kiedyś trzeba było mieć inne i dzisiaj też inne są potrzebne. Telewizja wciąż ewoluuje, zmienia się, zresztą jak cały show biznes, który mnie wydaje się trochę dziwny.

Dlaczego?
Uczono mnie, że dziennikarzem jest się po coś. Tak mówili mi moi nauczyciele, począwszy od Edyty Wojtczak, przez wielu znanych dziennikarzy telewizyjnych i radiowych, z którymi miałam zajęcia i szkolenia. Uczono mnie, że to jest misja, że to taki zawód, który uprawia się po coś. Nie po to, żeby się pokazać i żeby o mnie mówiono, jak to się dzieje w tej chwili. Wtedy, kiedy zaczynałam, nie było celebrytów. Było się dziennikarzem po to, by robić ciekawe, mądre wywiady, po to, albo pomagać ludziom, bo dziennikarz mógł więcej, więc i więcej mógł załatwić. Po to się występowało na wizji, po to trafiało do milionów, aby zrobić coś, co jest ważne, pożyteczne, fajne. Teraz zaś występuje się po to, żeby się pokazywać. Dziś jest się znanym z tego, że jest się znanym. Celebryci prowadzą blogi w internecie, mają swoje profile, pokazują, co jedli na śniadanie, na obiad, podwieczorek czy kolację. Trochę mnie to szokuje.

Taki jest dzisiejszy świat.
Bliżej mi do tego świata, w którym znani byli państwo Gucwińscy, bo byli pasjonatami zwierząt, mieli program o zoo, albo aktorzy znani byli z tego, że występują w ambitnych teatrach, a spikerzy - bo byli przewodnikami widza po telewizji. Dzisiejsi celebryci znani są z tego, że opublikują zdjęcie swojej kolacji i napiszą: „Patrzcie, jak fajnie”. Albo, co nie mniej mnie zdumiewa, piszą na Facebooku: „Dzień dobry kochani! Życzę wam miłego dnia” (śmiech).

A na koniec dnia piszą: „Dobranoc kochani, życzę wam miłych snów” (śmiech).
No i już. Tylko, zastanawiam się, po co oni to piszą? Po co publikują, co jedli na śniadanie? Kogo to interesuje? Oczywiście, też jestem na Facebooku, mam fane page, bo takie są czasy, ale pokazuję albo swoje zwierzątka, albo udostępniam ważne rzeczy z programu „Nasz nowy dom”. To, co jem na śniadanie, to już moja prywatna sprawa.

Teraz widzi Pani gwiazdy w telewizji publicznej?
Niektórzy są na kontraktach gwiazdorskich (śmiech). Widzę, że zrobił się straszny tłok w telewizji, bo jest i dużo stacji, i dużo osób, które pretendują do tego, żeby być na czele. Natomiast nie ma czegoś takiego, co nazywam szlachetnym rzemiosłem, które kiedyś było obecne. Opowiadałam już o tym, ale jeszcze raz opowiem, że przez dwa lata musiałam siedzieć w nogach u Edyty Wojtczak, przychodzić na jej dyżury i nikt mi za to nie płacił. Ja też nigdy nie pytałam: „Za ile?”, tylko patrzyłam, jak Edyta to robi; uczyłam się mówić, odpowiednio zachowywać przed kamerą. Edyta mnie sobie wybrała, zobaczyła na korytarzu i powiedziała: „Choć dziecię, ja cię uczyć będę”. Takie były wtedy wymogi i taki styl: był mistrz i uczeń. Nie było tak, że ktoś ledwo przyszedł do telewizji i od razu wchodził na antenę.

Po latach to Pani stała się mistrzem dla nowych gwiazd telewizyjnych?
Nie, tego nie doświadczyłam. Kiedy sama byłam uczniem, to Edyta zadbała, abym w końcu na tę antenę weszła. Lata minęły i ta zasada mistrza i ucznia gdzieś się rozjechała.

A Pani rozminęła się z TVP. Zwolnili Panią w 2013 roku. Byłam wtedy przekonana, że zaraz inne telewizje się o Panią upomną, tymczasem okazało się, że schowała Pani dumę do kieszeni i jak wszystkie początkujące gwiazdki, po prostu poszła na casting do Polsatu. Wtedy pomyślałam, że jest Pani kobietą, która świetnie wie, o co chodzi w tej branży i rynkowej gospodarce.
Nie miałam wyjścia. Nigdy wcześniej nie byłam na castingu, nie przystępowałam do konkursów i nagle okazało się, że teraz muszę. Chwała tym, którzy o mnie pomyśleli i mnie na ten casting zaprosili, bo ja się już wybierałam na emeryturę (śmiech). Koledzy mówili: „Ty, na casting?! Po co tam idziesz? Przecież oni powinni wiedzieć, co ty umiesz!” Ale to tak nie działa. To, jakbym powiedziała, że nie będę pisać na komputerze, bo za moich czasów pisało się na maszynie. Bez sensu. Takie są wymogi, wszyscy chodzą na castingi, to ja też pójdę. I wygrałam. A konkurencja była spora. W tym - moje koleżanki z publicznej telewizji (śmiech).

Jak to możliwe, że dla publicznej telewizji była Pani „za stara”, w prywatnej świetnie się odnajduje, a program „Nasz nowy dom”, jaki Pani prowadzi, jest na antenie nieprzerwanie od 2013 roku?
Podejrzewam, że telewizja publiczna nie sprawdza tego, czego oczekują widzowie.

Jak to nie? Wciąż liczy się oglądalność.
Coś im chyba to sprawdzanie nie wychodzi (śmiech). Z badań nad programami, które przynoszą stacjom największe dochody i są najbardziej rozpoznawalne wynika, że „Kuchenne rewolucje”, „Milionerzy i „Nasz nowy dom” zajmują trzy pierwsze miejsca. I proszę zwrócić uwagę, kto te programy prowadzi. Magda Gessler - starsza ode mnie o pięć lat. Hubert Urbański - pięćdziesięciolatek. I ja - prawie sześćdziesięciolatka. Co się zatem okazuje? Ano to, że widz wybiera jednak prowadzących z doświadczeniem, zarówno życiowym, jak i telewizyjnym. Wcale nie piękne długonogie blondynki. Super, że one są, ale jak widać ważne jest przywiązanie widzów, ich zaufanie do nas. Człowiek, który trochę już w życiu przeszedł, ma za sobą różne przeżycia, zupełnie inaczej tego widza traktuje, inaczej do niego mówi. Skupia się dużo bardziej na pracy, a nie na sobie samym. Rzeczywiście przedziwne jest to, że telewizja wciąż szuka nowych twarzy, a nie do końca potrafi wykorzystać te, które już ma. Chwała więc Polsatowi, że zaryzykował i powierzył mi to trudne zadanie, bo w ramówce jest to pierwszy tak poważny, misyjny program. Uśmiecha się pani, kiedy mówię, że misyjny program w komercyjnej telewizji? (śmiech).

polskatimes.pl