Specjalna komisja, powołana po bezprecedensowym wypadku w gdyńskiej Stoczni Nauta z kwietnia tego roku, kiedy przewrócił się wraz z dokiem i częściowo zatonął remontowany w gdyńskim zakładzie, należący do norweskiego armatora chemikaliowiec Hordafor V, ustaliła już przyczyny tego zdarzenia.

Według jej członków zawinił splot nieszczęśliwych okoliczności. Zarządcy Nauty nie widzą też podstaw, aby wyciągnąć konsekwencje personalne wobec osób nadzorujących kontrakt dla norweskiego armatora, czego domagali się posłowie opozycji.

Zobacz galerię

- Miał miejsce nieszczęśliwy wypadek, po którym została powołana w stoczni komisja awaryjna - mówi Konrad Konefał , członek zarządu spółki MS Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych, właściciela Stoczni Nauta.

Jej członkowie wskazali na kilka przyczyn, które prawdopodobnie, gdyby każda z nich wystąpiła osobno, to nic by się nie stało. Był to splot kilku wydarzeń, związanych z normalnym procesem produkcji, który doprowadził do przewrócenia się doku. Jako jedną z przyczyn wskazano nierównomierne zabalastowanie statku. Balast Hordafora V, z jakim wpłynął do stoczni, był też prawdopodobnie wyższy, niż zgłosił to armator. Do wypadku przyczyniło się też ustawienie rusztowań na doku, które go obciążyły. Po trzecie nastąpił ruch dźwigu po burcie doku. Otwarte zostały też w nim włazy w celu ich wyremontowania. To są główne przyczyny. Wystąpienie ich jednocześnie, plus fakt, że dok był nitowany, sprawiło, że jego konstrukcja tych zdarzeń nie wytrzymała. Było to trudne do przewidzenia. Dok miał stosowne dokumenty, wystawione przez Polski Rejestr Statków. Jego wyporność w czasie prowadzenia prac nie była przekroczona.

Zobacz też: Wypadek w Stoczni Remontowej Nauta. Tonął statek [ZDJĘCIA]

Konrad Konefał zwraca jednak uwagę , że dok, w którym remontowano Hordafora V, był bardzo stary. Miał ponad pięćdziesiąt lat i był wykonany w technologii, jakiej już dziś się nie stosuje.

- Mamy taki stan majątku, jaki mamy - twierdzi członek zarządu MS TFI S.A. - Stocznie były przez lata zadłużane. Na modernizację ich majątku nie przeznaczano funduszy. Stąd takie sytuacje się zdarzają. Na pewno nie było to działanie umyślne. Na nasze szczęście obroty generowane na tym doku wynoszą około 1 procent całkowitych, rocznych obrotów stoczni. Z punktu widzenia bezpośrednich konsekwencji ekonomicznych wypadek nie był więc zdarzeniem znaczącym. Zgadzam się jednak, że wizerunkowo wobec armatorów trochę straciliśmy. Ale trudno jest w tym momencie komukolwiek przypisać osobistą odpowiedzialność. Nie stwierdzono decyzji, które należałoby zidentyfikować jako bezpośrednio wpływające na powstanie wypadku.

W miesiąc podniosą częściowo zatopionego chemikaliowca Hordafor V

Takimi wnioskami zdziwiony jest Tadeusz Aziewicz, gdyński poseł z ramienia Platformy Obywatelskiej.
- Doszło do zdarzenia bez precedensu w historii branży stoczniowej w Europie, które odbiło się szerokim echem na całym świecie i podkopało zaufanie do całej gałęzi tego przemysłu w Polsce - mówi Tadeusz Aziewicz. - Tymczasem według zarządu Nauty odpowiedzialnych nie ma. To jest zwykły kabaret.

Ustalenia komisji awaryjnej wcale jednak nie przesądzają jeszcze, że za wypadek nikt nie poniesie odpowiedzialności. Osobne postępowania prowadzą bowiem cały czas Urząd Morski w Gdyni, a przede wszystkim prokuratura.

- Przesłuchaliśmy już przeszło 90 świadków, głównie członków załogi statku - mówi Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. - Czekamy też na dostarczenie opinii biegłego w sprawie tego wypadku.

Zobacz też: Pływający dok ze statkiem runął do wody w gdyńskiej stoczni remontowej

Źródło: TVN 24

POLECAMY NA DZIENNIKBALTYCKI.PL:

Luksusowa rezydencja Kulczyka na sprzedaż

Masz kota lub psa? Uważaj na trujące rośliny w domu!

Orkan Grzegorz odkrył bunkry na Helu

Nauczyciel płakał, jak poprawiał: Najlepsze teksty uczniów i nauczycieli

Najgroźniejsi przestępcy poszukiwani na Pomorzu

Kobiety poszukiwane przez pomorską policję