Z Grzegorzem Pellowskim, właścicielem firmy Piekarnia-Cukiernia "Pellowski" Grzegorz Pellowski w Gdańsku, nominowanym do nagrody TOP Menedżer o wielu latach rozwoju rodzinnej działalności rozmawia Jacek Sieński Jak się zaczęła Pana droga do zawodu piekarza?

Choć mój ociec Józef najpierw pracował w piekarni, a potem prowadził własną, w której się wychowałem, to wcale nie chciałem zostać piekarzem. Od najmłodszych lat interesowała mnie motoryzacja, a szczególnie stare samochody i motocykle. Już w szkole średniej, mając 16 lat, zdobyłem prawo jazdy, bo zezwalały na to niegdyś przepisy. Na początku lat 70. ubiegłego stulecia, dzięki pomocy rodziców, kupiłem zdezelowanego willisa, amerykański samochód terenowy.

Samodzielnie gruntownie go wyremontowałem. Jego rozebranie, znalezienie i dorabianie części, oczyszczenie i pomalowanie karoserii czy składanie silnika zajęło mi dużo czasu, ale i sprawiło wiele przyjemności. Autem tym jeździłem krótko. Sprzedałem je i kupiłem motocykl WSK w wersji sportowej. Próbowałem na nim swoich sił w zawodach krosowych. W 1973 roku ojciec kupił samochód fiat 125 p, którym jeździłem na rajdy. Niezależnie od mojego motoryzacyjnego hobby, niemal od dzieciństwa pomagaliśmy z siostrą rodzicom w piekarni. Gdy byłem starszy, zacząłem wspierać ojca w prowadzeniu firmy. Powoli i mimowolne wdrażałem się do zawodu piekarza.

Kiedy postanowił Pan, że będzie wypiekać chleb?

Momentem, w którym musiałem zdecydować się na to, co będę robić w życiu, było założenie rodziny. Musiałem się usamodzielnić i utrzymać rodzinę. Zwłaszcza że na świat przyszło kolejno dwóch synów oraz bliźniaki - córka i syn. Zacząłem wtedy pomagać ojcu, a później - prowadzić z nim razem piekarnię. Z czasem, w miarę pogłębiania wiedzy fachowej i po zdobyciu uprawnień czeladnika, potem zaś mistrza, przekonałem się do piekarnictwa i cukiernictwa. Okazało się, że są to branże równie interesujące jak motoryzacyjna. Od roku 1989, gdy oboje rodzice zmarli, samodzielnie prowadziłem piekarnię z pomocą żony Katarzyny. Dziś jesteśmy przedsiębiorstwem rodzinnym, z którym powiązane są firmy handlowe, gastronomiczne i hotelarskie synów Łukasza oraz Jakuba i córki Karoliny.

Zamiłowanie do motoryzacji minęło?

Dziś jest to kolekcjonerstwo motoryzacyjne. Nadal posiadam naszego pierwszego fiata 125 p, którym czasami jeździmy na wycieczki rodzinne i uczestniczymy co roku 11 listopada w paradach wolności w Gdańsku. W mojej kolekcji mam trzy samochody warszawa w wersjach osobowego "garbusa" i dostawczej - pick-up. Są poddawane zabiegom renowacyjnym. Dostawcza warszawa będzie wykorzystywana do dostarczania naszych wyrobów na specjalne okazje.

Jakie były początki firmy "Pellowski"?

W 1922 roku Stanisław Pellowski, mój dziadek, kupił piekarnię w Wejherowie. Po zajęciu Wejherowa przez Niemców piekarnia nadal funkcjonowała, ale niedługo. Okupanci zażądali od dziadka, aby podpisał volkslistę. Ponieważ odmówił, zabrali mu zakład. Po wojnie wznowił działalność, ale po kilku latach piekarnię zagarnęła z kolei władza "ludowa". W 1947 roku dziadek z ojcem, mającym wówczas 22 lata, przyjechali do zrujnowanego Gdańska. Wtedy na rynku wszystkiego brakowało, w tym pieczywa. Żeby jednak uruchomić produkcję i zarabiać, należało samemu stworzyć sobie miejsce pracy, a więc zbudować piekarnię. Taką zrobił mój ojciec. W Gdańsku znaleźli z dziadkiem działkę na rogu ulic Stare Przedmieście i Igielnicka, z wypalonym szkieletem narożnej kamienicy i trzema ruinami mniejszych domów. Odkupili ją i po wyburzeniu ruin, w ciągu dwóch lat, systemem gospodarczym, z rozbiórkowych cegieł zbudowali piekarnię i odbudowali równocześnie narożną kamienicę. Mąkę na pierwszy wypiek ojciec przywiózł z Wejherowa pociągiem, a potem przeniósł ją na plecach do piekarni.

Jak dawał sobie radę? Władze PRL chciały wyeliminować z rynku prywatną przedsiębiorczość.

Był gnębiony przez urzędników domiarami, będącymi dopłatami do podatków i licznymi kontrolami, z asystą uzbrojonych milicjantów i zatrzymywany w areszcie "do wyjaśnienia sprawy". W końcu "uspołeczniono" mu piekarnię, przekazując ją spółdzielni Społem. W roku 1949, z grupą 5 osób, podjął próbę ucieczki z kraju. Schował w butach 200 dolarów i pojechał do Nowego Portu, w którym przedostał się z resztą uciekinierów na barkę z węglem, płynącą do Szwecji. Ukryli się w drewnianym schowku pod węglem. Zatrzymał ich okręt patrolowy. Uciekinierów wykryto. Ojciec z kolegami wylądowali w celach aresztów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku, a następnie - w Starogardzie Gdańskim. Po brutalnym śledztwie, podczas którego zakatowano na śmierć jednego z jego towarzyszy ucieczki, Pellowskiego skazano. Dwa lata spędził w różnych więzieniach i w kopalni łupków uranowych pod Głuchołazami.

Jak dalej potoczyły się losy ojca?

Po wyjściu na wolność otrzymał  nakaz pracy i był zatrudniany kolejno w piekarniach spółdzielczych, najpierw w Jastarni, a później - w Juracie i w Wierzchucine. Piekarnię odzyskał w 1968 roku, po długotrwałych staraniach. Ale były to tylko zakład i jeden sklep, bo mieszkania zajmowało 8 dokwaterowanych lokatorów. Natomiast w lokalach użytkowych znajdowały się sklepy spożywczy i monopolowy. Resztę nieruchomości odzyskiwaliśmy etapami, aż do początku lat 90. Całą kamienicę przejąłem, gdy lokatorom zakupiłem mieszkania. Jak wszystkie zakłady rzemieślnicze, nasza piekarnia należała do Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku. Zatrudniała kilkanaście osób, w tym uczniów odbywających praktyczną naukę zawodu. Mąka i pozostałe surowce piekarnicze były reglamentowane i przydzielane przez cech. W latach 70. i 80. wypiekano przede wszystkim chleb, na który, z powodu niedostatku na rynku innych produktów spożywczych, było ogromne zapotrzebowanie. Na wypiekanie lepszych gatunków pieczywa, w tym pszennych bułek paryskich, trzeba było mieć urzędowe zezwolenie.

Jaka jest dzisiaj firma "Pellowski"?

W grupie naszych firm zatrudniamy w sumie ponad 250 pracowników. Oprócz piekarni, prowadzimy sieć sklepów i kawiarni firmowych oraz restaurację. Asortyment wyrobów piekarniczych, cukierniczych i gastronomicznych obejmuje 750 pozycji. Obecnie z przychodów z wypiekania samego pieczywa nie da się utrzymać firmy i inwestować, aby zapewnić jej rozwój. Ceny chleba są niezbyt wysokie, a konkurencja ogromna, w tym fabryk pieczywa. Jednocześnie, z różnych przyczyn, w Polsce znacząco spadło spożycie chleba.

Czy tak już niemałą firmę można nadal zaliczać do zakładów rzemieślniczych?

Od początku działalności nasza firma jest związana z rzemiosłem. Mimo wielu nowoczesnych, skomputeryzowanych maszyn i urządzeń, jakie wykorzystujemy w produkcji, wciąż najważniejsza pozostaje praca człowieka oraz tradycyjne technologie i receptury. To gwarantuje, że chleb i ciasta są smaczne oraz zdrowe, pozbawione chemicznych polepszaczy czy konserwantów. Doceniają to nasi liczni stali klienci. Staram się też aktywnie uczestniczyć w życiu organizacji rzemieślniczych oraz działać na rzecz szkolnictwa zawodowego. Pełniłem funkcję starszego Cechu Piekarzy i Cukierników w Gdańsku, a obecnie jestem członkiem zarządów Pomorskiej Izby Rzemieślniczej Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Gdańsku oraz Związku Rzemiosła Polskiego w Warszawie. Bardzo sobie cenię posiadane przeze mnie od ubiegłego roku najwyższe odznaczenie rzemieślnicze, jakim jest Szabla Kilińskiego. Tym bardziej że otrzymałem je jako wyraz uznania naszego środowiska rzemieślniczego.