Z prof. Piotrem Dominiakiem, ekonomistą z Politechniki Gdańskiej, rozmawiamy o roku 2015 w gospodarce

Ten rok będzie w miarę spokojny, stabilny gospodarczo w Polsce, tak jak bez większych zawirowań minął ubiegły?
Zacznę może od tego, że prognozowanie tendencji gospodarczych na ten rok jest bardzo trudne. Nasza sytuacja jest stabilna, ale otoczenie jest bardzo dynamiczne. Wiele czynników jest niezależnych od Polski. Nie wiadomo, jak się potoczą wydarzenia za wschodnią granicą, w jakiej sytuacji będzie gospodarka Rosji, strefa euro czeka na decyzje Greków co do przynależności bądź wyjścia z eurolandu.

Wreszcie rynek surowcowy jest bardzo niestabilny, zwłaszcza jeśli chodzi o ropę naftową. To wszystko powoduje, że prognozowanie jest utrudnione. Przyjmując jednak, że w światowej gospodarce i polityce nie dojdzie do nadzwyczajnych, niekorzystnych wydarzeń, ten rok może być całkiem niezły gospodarczo dla naszego kraju.

Pokusi się Pan o prognozę wzrostu PKB? Ekonomiści i rząd szacują go na poziomie około 3 procent.
Sądzę, że dynamika gospodarki może osiągnąć ten poziom i jest on prawdopodobny. Byłby to nie najgorszy wynik na europejskim podwórku.

Co będzie główną siłą napędową?
Konfiguracja głównych motorów wzrostu może być różna. Wiele zależy do tego, jak będą się zachowywać przedsiębiorstwa, czy będą skłonne zwiększyć nakłady na inwestycje bezpośrednie. Ich sytuacja finansowa jest całkiem dobra, obawy przed wydawaniem pieniędzy może rodzić niestabilna sytuacja na świecie. Drugą siłą napędową może być odbudowywany eksport. Jeśli Unia Europejska, będąca naszym głównym odbiorcą, utrzyma skromny wzrost gospodarczy, eksport powinien się rozwijać. Trzecią i prawdopodobnie najpewniejszą siłą  jest popyt indywidualnych gospodarstw. Druga połowa minionego roku była w pewnym stopniu zaskakująca pod względem dynamiki cen. Mało kto przypuszczał, że będziemy mieli do czynienia z deflacją. Spadek średnich cen spowodował, że realnie w portfelu mamy więcej, zatem stać nas na większe zakupy. Jeśli ta umiarkowana tendencja spadkowa się utrzyma, konsumenci będą skłonni do zakupów. Chyba że nastąpiłoby znane z ekonomii odłożenie zakupów w oczekiwaniu na jeszcze niższe ceny. Myślę, że to nie nastąpi. Wciąż jesteśmy społeczeństwem na dorobku i mamy dużą skłonność do zakupów.

Tym bardziej że płace rosną nominalnie i realnie.
Uważam, że w tym roku będą rosnąć szybciej niż w ubiegłym. Nacisk na wzrost wynagrodzeń będzie w sektorze przedsiębiorstw wyższy. Przez ostatnie lata płace nie nadążały za wzrostem wydajności pracy oraz za wynikami finansowymi firm. Przedsiębiorstwa liczą się z presją pracowników na wzrost wynagrodzeń. W budżetówce natomiast sytuacja jest determinowana możliwościami budżetu. Jak wiadomo, jest on bardzo napięty i możliwości podwyżek w tej sferze są wielce ograniczone.

Na rynku pracy są szanse na wzrost zatrudnienia i zejście poziomu bezrobocia do poziomu jednocyfrowego?
Przewiduję, że na rynku pracy będą kontynuowane pozytywne tendencje z roku ubiegłego. Bezrobocie nadal jest poważnym problemem, ale wspomniany przeze mnie wzrost konsumpcji, niezła kondycja finansowa firm pozwalają przewidywać dalszy spadek bezrobocia. Pod warunkiem oczywiście że w gospodarce światowej nie dojdzie do poważnych zawirowań.

Sprzyja nam też sytuacja na rynku ropy naftowej.
Gdyby notowania tego surowca utrzymały się na obecnym, niskim poziomie, przez wiele miesięcy byłoby to oczywiście korzystne dla naszej gospodarki. Ceny ropy naftowej, a co za tym idzie - gazu ziemnego są jednak jednym z wymienionych czynników, na które nie mamy wpływu. Przecież obecne ceny baryłki na poziomie 60 dolarów, dzięki czemu na stacjach benzynowych litr paliwa zbliża się do 4 złotych, nie wynikają z relacji rynkowych popytu i podaży. Wynikają z decyzji politycznych krajów petrodolarowych. Nie było i nie ma żadnych przesłanek ekonomicznych, aby notowania ropy skakały z poziomu 100 do 60 dolarów. Zatem przewidywanie, jak będą się kształtować za kilka miesięcy, jest skazane na niepowodzenie. Pokazują to zresztą diametralnie różne prognozy ekspertów od rynków surowcowych. I pewnie będą one korygowane, jak i w innych dziedzinach gospodarczych, dość często.
Skąd może przyjść największe zagrożenie dla naszej gospodarki. Ze Wschodu czy z Zachodu?
Na Wschodzie relacje Rosja - Ukraina, a tym samym Rosja - Unia Europejska i USA, ogólnie mówiąc, nie są najlepsze. Na Zachodzie strefa euro czeka na decyzję Grecji co do rezygnacji ze wspólnej waluty. Sądzę, że do tego nie dojdzie, ale zawirowania polityczne i gospodarcze z obu kierunków mogłyby z równą, niekorzystną siłą wpłynąć na naszą gospodarkę. Z jaką siłą, trudno przewidzieć. Jeśli ten rok będzie stał pod znakiem stabilizacji i braku niespodziewanych, negatywnych wydarzeń, będzie dobrym okresem dla krajowej gospodarki.