Morską wodą pożaru nie ugaszą

    Morską wodą pożaru nie ugaszą

    Piotr Furtak

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Czy w Łebie, nadmorskim miasteczku brakuje wody? Zdaniem Jana Drozda, komendanta lęborskiej straży pożarnej - tak.
    Według szefa pogromców czerwonego kura z Lęborka, w Łebie jest zbyt mało hydrantów, a jeśli już są, to ciśnienie wody jest w nich zbyt słabe jak na potrzeby strażaków. Podobna sytuacja ma miejsce w gminie Wicko, gdzie we wtorek po południu strażacy walczyli z poważnym pożarem.

    - To, że jest kłopot z wodą w mniejszych miejscowościach, jestem w stanie zrozumieć - mówi brygadier Drozd. - Tego, że podobnie jest w Łebie, już nie. Właśnie dlatego w przypadku większych pożarów w tym mieście musimy czerpać wodę z kanału bądź też jeziora. Słona woda z morza się do tego nie nadaje, mogłaby spowodować uszkodzenie urządzeń.

    - Oczywiście radzimy sobie w takich sytuacjach, ale powoduje to między innymi konieczność wzywania dodatkowego sprzętu.
    Za odpowiednią liczbę hydrantów oraz ich wydajność odpowiadają urzędy gmin.

    Zaskoczona takimi sygnałami jest Magdalena Bojarczuk, sekretarz Urzędu Miasta Łeba.
    - Pierwszy raz słyszę o tym, żeby w Łebie był problem z hydrantami - dziwi się Magdalena Bojarczuk. - Co miesiąc kontrolujemy wszystkie hydranty, sprawdzamy między innymi to, czy jest w nich odpowiednie ciśnienie, a dwa miesiące temu zrobiliśmy ich gruntowny przegląd. Kontaktowałem się zresztą ze strażakami z OSP w Łebie. Ich zdaniem nie ma problemu.

    Bardzo źle jest również w sąsiadującej z Łebą gminie Wicko. Gdy we wtorek po południu wybuchł groźny pożar w miejscowości Żarnowska, konieczne było pobieranie wody z jeziora. Na szczęście strażacy nie mieli zbyt daleko, ale i tak powodowało to spore utrudnienia.
    - Wiem, że ciśnienie wody jest zbyt słabe - nie ukrywa Dariusz Waleśkiewicz, wójt gminy.

    - W tym okresie związane jest to ze sporym poborem wody przez rolników. Jak wygląda sytuacja z samymi hydrantami, nie jestem w stanie powiedzieć. Nie wszystkie hydranty są widoczne, część z nich to urządzenia pod-ziemne.

    W Żarnowskiej spłonęło poddasze domu jednorodzinnego. Straty wyniosły 120 tys. zł. Jedna z lokatorek, podtruta dymem trafiła do szpitala. Podczas akcji gaśniczej lekko ranny został również jeden ze strażaków.

    Roztopiona folia spadła mu na rękę i poparzyła. Po opatrzeniu strażak mógł wrócić do domu. Wójt Waleśkiewicz był na miejscu i zapewnia, że w miarę możliwości pomoże pogorzelcom.

    - Na pewno będą mogli liczyć na to, że pomożemy im w pracach rozbiórkowych i transporcie - deklaruje wójt. - Pomożemy również finansowo przy zakupie materiałów na pokrycie dachu.



    Spaliła się stolarnia, niemal 300 tysięcy złotych poszło z dymem


    W Polnicy we wtorek doszczętnie spalił się tartak. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

    Ogień zauważono kilka minut po godz. 19. Natychmiast na miejscu pojawiło się sześć zastępów straży pożarnej. Akcja trwała prawie 3,5 godziny.

    Straty wstępnie oszacowano na 290 tys. zł, bo poza drewnianą halą, spaliły się urządzenia do obróbki drewna i wózek widłowy. - O godz. 18 skończyliśmy pracę, wyłączyłem wyłącznik główny, pojechałem do domu i godzinę później dostałem telefon, że tartak się pali - mówi Roman Zaremba, właściciel zakładu. - Po godzinie wszystko było już spalone.
    Strażacy domyślają się, że ogień wybuchł wewnątrz tartaku.

    Prawdopodobnie niechcący zaprószyli go pracownicy. - Wstępnie wykluczyliśmy podpalenie i zwarcie instalacji elektrycznej - mówi Dariusz Śmiechowski, zastępca komendanta KP PSP w Człucho-wie.
    Zakład nie był ubezpieczony. Zaremba chce go powoli odbudowywać. - Za około dwa tygodnie wznowimy produkcję - mówi właściciel.

    Wojciech Piepiorka

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo