Maciek, co Gdańska nie porzucił

    Maciek, co Gdańska nie porzucił

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Z Maciejem Kraszewskim, scenarzystą, reżyserem i satyrykiem, o miejscu do życia i o ponurych Ziutkach, rozmawia Ryszarda Wojciechowska
    Nadal aktualna jest twoja skrócona wersja życiorysu "Urodzony, z czego się do dzisiaj cieszy"?

    Jasne. Każdy dzień metr dziewięćdziesiąt nad ziemią to dobry dzień. Dopóki człowiek może oddychać, tworzyć, to naprawdę jest to bardzo dobra informacja. I warto ją sobie uświadamiać zaraz po podniesieniu się z łóżka. A że pojawiają się problemy, straszą nas kryzysami? Trudno. Takie jest życie. Życie to ciągłe zmiany.

    Wrosłeś korzeniami w Gdańsk, ale tak naprawdę pracujesz w Warszawie albo we Wrocławiu.

    Muszę coś sprostować. Warszawa to miejsce, w którym realizują się wszystkie moje pomysły. Ale powstają w moim osobistym pokoju. Scenariusze mogę pisać wszędzie, gdzie jest tylko sprzyjająca atmosfera. Takim miejscem jest moje mieszkanie, w którym mam wszystkie osobiste, ułatwiające życie zabawki, łącznie z komputerem.

    Wyobrażasz sobie życie poza Trójmiastem?

    Do tego nie trzeba dużej wyobraźni. Tylko zawsze musi być jakieś uzasadnienie wyjazdu. Albo człowiek zakocha się w innym miejscu, albo może nie mieć wyboru. Przecież Polacy nie pchali się do Londynu, żeby odkrywać nowe światy. Tylko dla lepszych okoliczności ekonomicznych. Ja bardziej przywiązuję się do ludzi, niż do miejsc. Większość przyjaciół mam w Gdańsku.

    Tu jest też inny rytm życia niż w Warszawie.

    Mam wrażenie, że tu człowiek się mniej spieszy. Chociaż miasto jest bardzo podobnie zakorkowane. Ale ja Gdańsk znam jak własną kieszeń. Wiem, gdzie mogę dobrze zjeść, gdzie pójść na spacer. Wiem, gdzie jest dobry dentysta, gdzie kupię mięso i pieczywo.

    Maciej Kraszewski - satyryk, reżyser, scenarzysta. To dobra kolejność?

    Teraz zacząłbym od scenarzysty. Pisanie to moje główne zajęcie. Jeśli satyryk to radiowy. W Trójce nadal można słuchać mojego "Wentylatora". Ale scenariusze to jest to, w co wsiąkłem. Pisałem do serialu "Daleko od noszy", ale też pisuję scenariusze dla dużych imprez, na przykład do ostatniego sylwestra we Wrocławiu, który - muszę to nadmienić - znokautował całą konkurencję.

    W jednej trzeciej jesteś jednak satyrykiem. Dlatego w Trójmieście rodzi się tak mało satyryków?

    To mity. Nie jest tak, że w powietrzu unosi się jakaś tajemnicza substancja, dzięki której człowiek jest niebywale dowcipny. Ale Gdańsk to miejsce, które wydało niemal wszystkich najważniejszych polityków.

    Ale to nic dowcipnego.

    Jak to? A z czego ja się naigrawam w kółko, jak nie z tych polityków? To moje tworzywo. Do tego trzeba podchodzić z przymrużeniem oka. Natomiast trzeba przestać mrugać, kiedy oni mówią o podatkach, o zdrowiu, bo to nas wszystkich boleśnie dotyczy. Ale mamy broń w postaci kartki do głosowania. Niektórzy z nas jeszcze jeżdżą pod Sejm i tam wykonują ćwiczenia gimnastyczne, podnosząc opony i podkładając pod nie ogień. Każdy walczy jak może.

    Czy są jakieś granice dla satyryka?

    To są zawsze te same granice - zwykłej przyzwoitości. Satyryk nie powinien się bać atakować każdej, jego zdaniem, występującej paranoi. Domyślam się jednak, że pytanie dotyczy tego, czy można obrażać. Bo w tej chwili najbardziej obrażają ludzie, którzy nie są satyrykami. Albo są nimi niechcący. Ostatnio modny stał się Janusz Palikot.

    Nosi fajne berety.

    Tak, ma wstrząsające te nakrycia głowy. Nie zapominajmy, że w polityce jest cała masa ponurych Ziutków, którym się wydaje, że mają poczucie humoru, a do tego kłamią i gadają bzdury. Jedno wiem, w tej chwili satyra i takie pogodne spojrzenie jest potrzebne w związku z czymś, co się nazywa kryzysem. A co moim zdaniem jest raczej "popierdółką", a nie kryzysem. Bo ja doskonale pamiętam to, jak nawiązywałem ciekawe znajomości z dziewczętami w kolejce po masło solone.
    Ale to, czym nas straszą, przeżyjemy tak, jak przeżyliśmy te kolejki, a potem schładzanie gospodarki przez Balcerowicza i tak dalej.

    Ale w związku z tym, że słowo "kryzys" jest teraz wszechwładne, to pewnie zapotrzebowanie na rozrywkę będzie większe.

    Bardziej niż kiedykolwiek. Jestem zaangażowany w dwa duże projekty filmowe. I słyszę, jak producenci namawiają filmowców, żeby to było możliwie jak najśmieszniejsze, bo ciężkie czasy idą. Kiedy zapytałem, jakie to ciężkie czasy idą, żeby je sobie odnotować w kalendarzu, usłyszałem: - No wiesz, tak ludzie mówią. I ta paranoja bierze się z tego, że tak ludzie mówią. A niekoniecznie rozumieją. Nie dajmy się jednak zwariować.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo