Sekrety dobra wspólnego

    Sekrety dobra wspólnego

    Jarosław Zalesiński

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Rola abp. Gocłowskiego nie polegała tylko na roli świadka
    1/3
    przejdź do galerii

    Rola abp. Gocłowskiego nie polegała tylko na roli świadka ©Adam Warżawa

    Wieczorem zjechali generał Kiszczak, szef komunistycznych sił bezpieczeństwa, i Stanisław Ciosek, ważna osobistość Biura Politycznego KC PZPR. Stronę solidarnościową reprezentowali Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. Kościół - bp Alojzy Orszulik i biskup gdański Tadeusz Gocłowski. Miesiąc wcześniej rozmowy Okrągłego Stołu rozbiły się o kwestię legalizacji Solidarności. Słynny mebel został nawet rozkręcony.

    W Wilanowie wydawało się, że powtórzy się scenariusz sprzed miesiąca. Gdy ze strony Wałęsy znów padło słowo Solidarność, generał Kiszczak tylko jeszcze bardziej wysunął szczękę, po czym z Cioskiem zatrzasnęli swoje aktówki i oświadczyli, że wychodzą bez uzgodnionego komunikatu.
    I wtedy pomiędzy komunistami i opozycjonistami stanął biskup Gocłowski. - Polska nie jest własnością ani jednej, ani drugiej strony - apelował. Poskutkowało. Komunikat z rozmów był bardzo lakoniczny, ale utorował drogę do dalszych negocjacji.

    Książka "Świadek", wywiad rzeka z arcybiskupem Tadeuszem Gocłowskim, przeprowadzony przez Adama Hlebowicza, dyrektora gdańskiego Radia Plus, zawiera opisy wielu podobnych sekretnych wydarzeń (ot choćby pyszna historia o tym, jak to Wałęsa helikopterem wieziony był na spotkanie z papieżem w Zakopanem).

    Gdański biskup dba zawsze o to, by swoją rolę w nich uskromnić, ale spoza tej woalki wyłania się portret postaci, której udział w wydarzeniach lat 80. i 90. nie polegał bynajmniej na skromnej roli świadka. Przypatrzmy się choćby, jak to było z przyjazdem Jana Pawła II do Trójmiasta w 1987 roku.

    Dla komunistów Gdańsk był miejscem wyklętym z listy możliwych miast, co było przyjmowane przez wielu biskupów jako warunek nie do przejścia. I wtedy biskup Gocłowski, "niezależnie od nurtów panujących w programowaniu wewnętrznym Episkopatu", jak to w języku kościelnej dyplomacji opisuje, wybiera się do Watykanu z własnym listem, z prośbą, aby papież odwiedził Gdańsk. Z prałatem Dziwiszem dbają o to, by list niewinnie wręczyć papieżowi na kolacji, na której jest także abp Dąbrowski, sekretarz Episkopatu.

    Ale abp Dąbrowski stwierdza stanowczo, że wizyta papieża w Gdańsku jest niemożliwa. Papież po długim milczeniu mówi "jeśli nie będę mógł być w Gdańsku, nie wiem, czy w ogóle mógłbym jechać do Polski". Z tym papieskim werdyktem abp Dąbrowski wrócił do kraju. Komuniści ustąpili.
    1 »

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Sekrety duchownego polityka

    Ciekawski (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 20 / 11

    Mimo solennych zaklęć, że nie ,abp. T. Gocłowski uprawiał i uprawia politykę. Nie mam mu tego za złe - jako obywatel RP moim zdaniem - miał i ma do tego prawo. Gorzej, że zajmował zawsze pozycję...rozwiń całość

    Mimo solennych zaklęć, że nie ,abp. T. Gocłowski uprawiał i uprawia politykę. Nie mam mu tego za złe - jako obywatel RP moim zdaniem - miał i ma do tego prawo. Gorzej, że zajmował zawsze pozycję jedynie słusznej neoliberalnej opcji.
    W swojej determinacji posunął się daleko poza granicę przyzwoitości niszcząc swojego podwładnego lecz wielce zasłużonego w walce z komuną
    ks. prałata H. Jankowskiego. Haniebnym było zsynchronizowanie ataku
    na ks. H. Jankowskiego z pomówieniami o pedofilstwo przez
    ówczesny Dziennik Bałtycki. Wiadomo, że postępowanie sądowe nie potwierdziło tych oskarżeń. Abp. Gocłowski wraz z Dziennikiem Bałtyckim
    cel swój zniszczenia ks. Jankowskiego jednak osiągnął.
    Przykre jest to, że abp. Gocłowski sam angażując się w politykę miał za złe to ks. Jankowskiemu. Ileż w tym było obłudy!
    No tak, ale ten pierwszy zajmował zawsze stanowisko jedynie słuszne a ks. Jankowski był nazbyt często innego zdania. I za to zapłacił wysoką cenę usunięcia ze stanowiska proboszcza.
    A wydaje się, że po 1989 r. dobrem wspólnym powinna być tolerancja dla poglądów odmiennych od poglądów abp. Gocłowskiego. Niestety abp. Gocłowki okazał się daleko nie tolerancyjnym!
    Tu trzeba zauważyć, że nie każde z poglądów ks. Jankowskiego były do zaakceptowania, ale to samo można powiedzieć o poglądach abp. Gocłowskiego.
    W komentowanym tekście czytelnik nie znajduje odniesienia się abp. Gocłowskiego do sprawy, która nie przysporzyłamu mu chwały, jaką jest słynna afera Stella Maris. Tylko naiwni mogą wierzyć, że abp. o niej
    nie wiedział. Wiedział i nic nie uczynił aby ją wyjawić. Ciekawe jaki jest stan sumienia abp. Goclowskiego w tym względzie.
    Te pytania stawiam tu i teraz, bo stan zdrowia nie pozwala mi ich zadać
    jutro. Na koniec zauważę, że mnie interesuje prawda i tylko prawda i w dodatku cała prawda!zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo