T.Love, czyli o uczuciu, które jest najlepsze bez wątpienia

    T.Love, czyli o uczuciu, które jest najlepsze bez wątpienia

    Dariusz Szreter

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    Zespół T.Love podsumował 25 lat (plus jeden) działalności wyborem 42 piosenek na dwóch krążkach. W sobotę będzie można ich posłuchać na żywo w gdyńskim Uchu.
    Dobra gwiazda zapłonęła nad T.Love ponad ćwierć wieku temu, prawdopodobnie wtedy gdy uczeń IV Liceum Ogólnokształcącego w Częstochowie, Zygmunt Staszczyk, wymyślił nazwę grupy (wtedy jeszcze z członem Alternativ). Był to krok proroczy, bowiem mało jest w rocku cech tak charakterystycznych jak właśnie użycie angielskiej formy słowa "miłość".

    Do tej pory legendą owiane jest Summer of Love - Lato Miłości 1967 roku.
    Było "All You Need Is Love", "Whole Lotta Love", "Sunshine of Your Love", "Satellite of Love", "Love Will Tear Us Apart", "Dance Me To The End Of Love" i setki, tysiące innych. Było też kilka zespołów, które używały tego słowa w nazwie, ale żaden nie przetrwał tak długo i nie stał się instytucją na miarę kapeli Muńka. To prawda, że na skalę polską, ale w tym wypadku nie ma najmniejszego powodu do kompleksów.

    T.Love zmieniał się razem z naszym krajem. Za komuny była to półamatorska kapela alternatywna, funkcjonująca na marginesie oficjalnego obiegu. W latach 90., po wymianie całego składu, prócz wokalisty, stali się profesjonalnym, wszechstronnym bandem, potrafiącym łączyć rockową wiarygodność z obecnością na listach przebojów.

    42 numery na płycie - kawał historii, kawał dobrej, bardzo dobrej muzyki. Oczywiście, jak zwykle w przypadku składanek można wybrzydzać, że brak tej czy innej piosenki. Co stanowi o sukcesie T.Love? Na pewno w dużym stopniu jest to miłość do rock'n'rolla. Muniek i koledzy stoją na ramionach wielkich poprzedników i nie wahają się podkraść im tego czy owego. Zawsze jednak podają to z uczuciem, od serca, jako coś swojego, przeżytego, wypieszczonego.

    Drugi atut to "coś pozytywnego" w przesłaniu grupy. Nazwa zobowiązuje! Muniek nie jest święty, a kolejne płyty stanowią rejestrację jego wzlotów i upadków. Szczególnie "Prymityw" i "Al Capone" (nawiasem mówiąc, muzycznie najlepsze pozycje w dyskografii zespołu) sprawiają wrażenie nagranych w stanie permanentnego nadużycia nie zawsze dozwolonych substancji.

    Niektóre Muńkowe opisy przejawów rodzimej nietolerancji też wydają się nieco naciągane ("King", "1996", "Jazz nad Wisłą"). Kiedy jednak prosi "bądź pozytywnym wojownikiem, kiedy na ringu zostajesz sam" albo wyznaje Panu Bogu "tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym", gardła same się rwą, by mu wtórować w śpiewaniu tych wszystkich piosenek o "uczuciu, które jest najlepsze bez wątpienia".

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo