Złote Lwy miłości

    Złote Lwy miłości

    Henryk Tronowicz

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Polski film "Mała Moskwa", nim trafił do kin, poprzedziła piekielna awantura w mediach. O co poszło? Autor "Małej Moskwy", Waldemar Krzystek, nawiązał w tym filmie do lat stalinowskich i pokazał wybuch niewiarygodnej miłości, jaka się przydarzyła polskiemu oficerowi i żonie żołnierza sowieckiej armii.
    Akcja rozgrywa się w Legnicy, gdzie po wojnie stacjonowało kilkadziesiąt tysięcy sowieckich żołnierzy. Konflikt wkroczył więc w sferę ideologii i polityki.

    Najważniejsze jednak w ocenie "Małej Moskwy" wydaje mi się pytanie, czy przebieg uczucia łączącego Rosjankę i Polaka Waldemar Krzystek pokazał wiarygodnie. Czy pokazał jeszcze jedną wersję romansu spośród tych, które widzowie znają z rozlicznych melodramatów filmowych, czy też stworzył dramat wielkiego formatu, dzieło niepowtarzalne?

    Dla podniesienia autentyzmu swej opowieści reżyser rolę rosyjskiej bohaterki Wiery powierzył moskiewskiej aktorce Swietłanie Chodczenkowej. Piękna Swietłana wykonała swoje zadanie na piątkę z plusem. Czy na taką ocenę zasłużyło dzieło Krzystka w całości?

    Oglądając "Małą Moskwę" dwa miesiące temu w Gdyni, sam dwukrotnie z trudem powstrzymałem się od łez. Po raz pierwszy w scenie na początku filmu, kiedy Wiera śpiewa "Grande Valse Brillante", według słów Juliana Tuwima, naśladując słynną interpretację Ewy Demarczyk. Po raz drugi wzruszyła mnie scena finałowej konfrontacji, której szczegółów tutaj ujawniać nie mogę. To każdy kinoman powinien zobaczyć sam.

    W tych dwóch frazach "Małej Moskwy" Krzystek zdobył się na najwyższy diapazon filmowych emocji, godnych najlepszych melodramatów hollywoodzkich. Pomiędzy tymi dwiema odległymi scenami jednak "Mała Moskwa" to film mniej wciągający. Bez wątpienia jest to opowieść przeprowadzona sprawnie. Rzetelnie przedstawia zniewolenie jednostki i dzieje wstrząsającej miłości w warunkach totalitarnych, lecz jako dzieło kina - nie wstrząsa.

    Awantura, jaką film ten wywołał we wrześniu wśród krytyków, których podzieliły skrajne opinie, łączyła się z obawami, czy "Mała Moskwa" zasłużyła na festiwalowe Złote Lwy. Niektórzy członkowie jury natychmiast po ogłoszeniu listy nagród zaczęli się od tego werdyktu publicznie dystansować. Zaraz potem wybuchły polemiki wśród krytyków warszawskich.

    Zaczęły się spory o to, jakie wartości powinien preferować doroczny festiwal polskiego kina w Gdyni. Czy powinno się tam nagradzać filmy, do których oglądania i tak publiczności nikt nie będzie musiał zachęcać, czy też promować dzieła o wysokiej próbie artystycznej? Do tego sporu warto wrócić teraz, po wczorajszej premierze, kiedy "Małą Moskwę" może obejrzeć każdy.
    Można mieć nadzieję, że w trosce o klasę polskiego kina "Mała Moskwa" spowoduje przebudzenie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo