Ukarany za dokarmianie ptaków

    Ukarany za dokarmianie ptaków

    Leszek Literski

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    Nietypowy wyrok zapadł w Bytowie. Sąd zakazał mieszkańcowi tego miasta dokarmiania ptaków. Konkretnie chodzi o zakaz wyrzucania jedzenia przez okno. Miłośnik ptaków nie zgadza się z wyrokiem.
    Czarna chmara kawek dzień w dzień drepcze pod oknem mieszkania 65-letniego Wacława Jeśmontowicza z ulicy Podzamcze w Bytowie. Ptaki zawzięcie wyszarpują sobie każdy kęs pożywienia, które wyrzuca im miłośnik zwierząt. Jednak pan Wacław ma przeciwko sobie nie tylko sąd, ale jeszcze sąsiadów, którym nie podoba się, że dokarmiając ptaki zaśmieca wspólne podwórze.

    - Zamiłowanie do dzikich zwierząt mam od dzieciństwa.
    W domu, kiedy jeszcze mieszkałem we wsi Udorpie pod Bytowem, wychowywałem małe wiewiórki, jeże, zające, a nawet lisy. Szczególnie lubię jednak ptaki. Jak widzę porzuconego lub rannego ptaka, to biorę go do domu - opowiada ukarany miłośnik przyrody.

    Jeśmontowicz twierdzi, że w sumie uratował ponad 100 ptaków. Sąd Grodzki nie brał tych statystyk pod uwagę i ukarał go zaocznie mandatem w wysokości 80 złotych. Powodem jest "złośliwe wyrzucanie przez okno resztek pożywienia zanieczyszczających podwórko oraz dach pomieszczeń gospodarczych".
    - Nie zaśmiecam podwórka i dachu. To nie są odpady, ale pożywienia dla wygłodniałych kawek. Gdyby nie ja, to te ptaki popadałyby... jak kawki - podkreśla mężczyzna.

    Jeśmontowicz ujawnia, że jest winny nie tylko zaśmiecania podwórza, bo dopuszcza się też zanieczyszczania reprezentacyjnych części miasta. Niemal każdego dnia można go spotkać w parku przed kościołem św. Katarzyny. Zawsze otacza go stado wróbli, gołębi oraz kawek. W domu ma również oswojoną srokę, którą nauczył mówić, a także kilka gołębi.

    Najwyraźniej sąsiedzi nie rozumieją jego przyrodniczego zacięcia, bo to właśnie oni skierowali sprawę na drogę sądową.

    - Staramy się, aby nasz dom oraz jego otoczenie było czyste i wysprzątane. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pan Jeśmontowicz. On nie tylko nie sprząta, ale notorycznie wyrzuca śmieci przez okno. Resztki pożywienia spadają na podwórko, które teraz wygląda jak śmietnik, a gdy próbowaliśmy przedstawić mu nasze racje, to odwracał się na pięcie, bo on nigdy nie chciał nas słuchać - żalą się sąsiedzi.

    Jeśmontowicz ani myśli zgadzać się z sąsiadami i z sądowym wyrokiem. Odwołał się. Jeśli znowu przegra, grozi mu nawet 500 złotych grzywny, albo i kara ograniczenia wolności. - Będę więźniem sumienia. Jak będzie trzeba, to pójdę siedzieć w imieniu bytowskich kawek - zapowiada, dodając, że ma nieco żalu do ptaków, bo gdyby jadły wszystko, co im daje, to na podwórzu nie byłoby śmieci.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo