Nasi rybacy wolą łowić ze Skandynawami

    Nasi rybacy wolą łowić ze Skandynawami

    Piotr Niemkiewicz

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Pomorscy rybacy porzucają swoje stanowiska pracy w kraju i coraz chętniej uciekają do zagranicznych armatorów. Co najdziwniejsze, głównym powodem emigracji wcale nie są wyższe zarobki, ale pewność zatrudnienia. Właściciele kutrów ostrzegają, że "ucieczki" ich pracowników mogą stać się przyczyną upadku sektora rybackiego.
    Polacy pracujący za granicą przyznają, że ich nowi pracodawcy płacą dobrze. Tak jest np. w Danii.
    - Różnica wypłat waha się nawet w granicach kilkuset złotych na korzyść duńskich armatorów - mówi jeden z władysławowskich rybaków.

    Polskich armatorów często nawet nie stać na wypłaty. Właściciele kutrów wyliczyli, że przy obecnych limitach dorszy miesięcznie na członka załogi zarabiają... 70 zł. Pod warunkiem, że jednostki wychodzą regularnie w morze i mają towar do sprzedania. W innym wypadku załoganci muszą czekać na swoje wypłaty.

    - Kto chce albo ma możliwości, by czekać w nieskończoność? - pyta Szymon Pieper, pracownik kutra z Jastarni. - Nikt z nas nie ma już siły i czasu. Jak wytłumaczyć dzieciom, że pieniądze będą, ale może za tydzień albo jeszcze później?

    Kłopot bierze się z tego, że polscy rybacy mają zbyt niskie, ich zdaniem, limity połowu dorszy. A te nie gwarantują rentowności. Właścicielom jednostek trudno także z wyprzedzeniem określić, czy i w jakich terminach będą mogli kontynuować połowy.

    - Nikt nie jest w stanie zagwarantować, czy w ogóle będziemy mieć pracę, bo znowu wprowadzone zostaną zakazy - mówią nam szeregowi rybacy.

    To "polski problem", przekonują działacze, którzy walczą o zmianę unijnych przepisów.
    - Takich kłopotów nie mają nasi koledzy ze Skandynawii - komentuje Grzegorz Hałubek, szef Związku Rybaków Polskich.

    Tamtejsi rybacy mają np. tygodniowe limity połowów, które precyzyjnie pomagają regulować popyt i podaż na rynku. A co za tym idzie, także cenę ryb.

    Właściciele kutrów mają także swój prywatny interes w zatrzymaniu przy sobie załogantów. Chodzi o pieniądze, które rybacy dostają za przymusowe postoje w porcie. Warunkiem ich wypłaty jest m.in. utrzymanie pełnej obsady kutrów. Gdy jej nie ma, przepadają także odszkodowania.

    - Kuter bez ludzi jest jak okręt wojenny bez marynarzy: kupa żelastwa stojącego przy brzegu - mówi Lech Muza, armator z Władysławowa.

    Nie wiadomo, ilu rybaków przestało pracować już dla Polaków. Właściciele jednostek ostrzegają, że jeśli polski rząd nie przyjdzie z odsieczą, to w krótkim czasie w poszukiwaniu zarobku wyemigruje więcej rybaków. Grzegorz Szomborg, kierujący Komitetem Protestacyjnym Rybaków, przyznaje, że klarowna sytuacja branży poprawiłaby nastroje i przyczyniłaby się do zatrzymania członków załóg w kraju.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo