Magdalena Parys: Nie szukam tematu, to on sam mnie znajduje

    Magdalena Parys: Nie szukam tematu, to on sam mnie znajduje

    Grażyna Antoniewicz

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Magdalena Parys: Nie szukam tematu, to on sam mnie znajduje

    ©Helena Parys

    Pisanie to mechanizm twórczy, którego nawet nie staram się zrozumieć - mówi autorka kryminałów Magdalena Parys
    Magdalena Parys: Nie szukam tematu, to on sam mnie znajduje

    ©Helena Parys

    O co pytają czytelnicy na spotkaniach autorskich?
    Często chcą wiedzieć, dlaczego piszę swoje książki po polsku, a nie po niemiecku, skoro od dziecka mieszkam w Berlinie. Pytają mnie też, czy jestem taka jak Dagmara z "Magika".

    A jest Pani?

    Ja uważam, że nie. Ci, którzy mnie znają, uważają, że tak.

    A dlaczego nie po niemiecku?
    Chyba trochę przez przypadek. Najpierw powstało opowiadanie, pisałam w nim dużo o swoich nauczycielach z berlińskiej szkoły i tkwiła we mnie podświadoma myśl, że lepiej, aby nigdy tego nie przeczytali.
    Z opowiadania wyrosła w końcu książka "Tunel" - po polsku. Dopiero niedawno zrozumiałam, że napisałam ją w tym języku, bo emocje, które w niej opisuję, przeżyłam znając wyłącznie język polski. Tunel to panorama historii Niemiec z perspektywy ludzi, którzy przeżyli wojnę, komunizm, budowanie żelaznej kurtyny i muru berlińskiego, czyli największe katastrofy ostatnich stuleci. Korzystałam z niemieckich archiwów, książek, własnych doświadczeń i obserwacji, zatem o wiele prościej byłoby mi napisać ją po niemiecku. A jednak coś zadecydowało, że tak się nie stało. Po prostu ta książka powstawała w mojej głowie, odkąd przyjechałam do Berlina. Byłam wtedy trzynastoletnią dziewczynką, zagubioną w nowym kraju, bez znajomości języka niemieckiego, wchodzącą w obcą rzeczywistość, więc ta książka jest trochę jak poznawanie i oswajanie Niemiec, jak tunel i wychodzenie z niego. Ale to wiem dopiero dzisiaj...

    Mówi Pani o sobie gdańszczanka, choć już od wielu lat mieszka Pani w Berlinie...
    Urodziłam się w Gdańsku Wrzeszczu. Pierwsze trzy lata mieszkałam w Gdańsku, potem przeprowadziliśmy się do Szczecina. Mój tata dostał tam pracę i mieszkanie (jest nauczycielem). Ponieważ rodzice pochodzą z Gdańska, ciągle do tego miasta wracaliśmy. Rodzina ze strony mamy i taty przyjeżdżała na weekendy do Szczecina i przywoziła ze sobą Gdańsk i morze. Mieszkaliśmy w Szczecinie, a mnie się wciąż wydawało, że jesteśmy w Szczecinie przejazdem.

    Ależ Szczecin też ma te swoje zapachy, takie jak woń magnolii...
    One są zimne, tak jak Szczecin jest zimny - piękny i zimny. Trochę dostojny. Gdańsk jest inny. Szczecin to jednak też moje miasto. Tylko że kiedy zapuściłam korzenie w Szczecinie, trzeba było wyjechać do Berlina.

    Rodzice się rozwiedli. Mama z ojczymem postanowili wyjechać do Niemiec, a Pani nie dostała paszportu...
    Nie dostałam. Rodzice wyjechali już wcześniej do Berlina Zachodniego. My z bratem zostaliśmy w Szczecinie. Wtedy wyjazd na Zachód wyglądał inaczej niż dzisiaj. Dzisiaj jest ludziom ciężko, ale wtedy było beznadziejnie. Wchodzę sama do monumentalnego ceglanego budynku, siadam naprzeciwko człowieka ubranego po wojskowemu, chociaż niby jest urzędnikiem, a on mówi: "Po co tu przyszłaś, czego chcesz? Po paszport? Dla ciebie nie ma paszportu". Totalny impas, sytuacja patowa, bo przychodzę po paszport, którego nie pragnę. Nie chciałam wyjeżdżać, zostawiać swojej szkoły, przyjaciół. Nie nęciły mnie kolorowe wystawy i niesłychane opowieści o cudownym, pięknym Zachodzie.

    Ale w końcu otrzymała Pani ten paszport...
    Rodzice przekupili urzędnika, który o tym decydował, kolorowym telewizorem marki Rubin.

    Kiedy wreszcie zamieszkała Pani w Berlinie...
    Tęskniłam za koleżankami, za tatą, który został w Szczecinie. Każdy wyjazd bez możliwości powrotu jest trudny, trochę jak śmierć. A w latach osiemdziesiątych nie było powrotów. Wracając jednak do pytania. Ten powrót do żywych był trudny, trwał tak długo dopóki nie odnalazłam się w nowej klasie, nie poznałam pierwszych słów po niemiecku - wtedy zrozumiałam, że tylko język umożliwi adaptację. Nie znasz języka, jesteś i zostaniesz obcy. Wraz z niemieckim zyskałam nowe życie, nowych przyjaciół - od tego momentu zaczęła się moja miłość do Berlina, miasta, które determinuje moje pisanie i wszystko, co robię. Przez wiele lat myślałam, że okres adaptacji w Niemczech trwał długo, ale odkrywając stare pamiętniki, przy okazji kolejnej przeprowadzki, a uwielbiam się przeprowadzać z dzielnicy do dzielnicy, zauważyłam, że były to zaledwie trzy miesiące. Trzy miesiące niebytu.

    Będąc w Berlinie Zachodnim, często wędrowała Pani do Wschodniego...
    Lubię przygody i nie lubię się bać, a bałam się zawsze granic i enerdowskich celników. Wobec tego musiałam coś z tym zrobić. Powoli odnajdywałam się w nowej rzeczywistości i zaczęło mnie pociągać to, co było na wschodzie Niemiec. Mogłam chodzić do Berlina Wschodniego, bo dzięki długim staraniom otrzymałam wreszcie paszport konsularny i tak, jako jedyna z całej rodziny, mogłam przechodzić przez granicę berlińsko-berlińską. Najczęściej przechodziłam przez granicę "na babcię". Mamie mówiłam, że idę na siatkówkę, a celnikowi na granicy, że odbieram babcię albo odprowadzam babcię na pociąg do Gdańska. Jedyny pociąg do Gdańska w tamtych czasach odchodził ze wschodniego dworca Lichtenberg. Gdzie babcia? Pytał celnik. Ja mu, że gdzieś ją zgubiłam, no i tak sobie chodziłam w tę i we w tę. Biedna ta moja babcia, napodróżowała się (śmiech). Pewnego razu celnik zapytał: "Znowu po babcię"? A ja mu bezczelnie na to, że po dziadka.

    Jaki był wtedy Berlin Wschodni?
    Wspominam go jako miasto ciszy, pozbawione wszelkiej nadziei. Nie beznadziejne, lecz pozbawione nadziei, przykryte szarością spalin, szarością ludzi cieni, którzy za wszelką cenę nie chcą się wyróżnić. Olbrzymi kontrast w porównaniu z Berlinem Zachodnim, gdzie mur i wszystko wydawało mi się kolorowe, rozkrzyczane, wesołe i - chodź dziwnie to zabrzmi - wolne. Berlin Wschodni wyróżniał się tym, że tam nikt nie chciał się wyróżniać.

    Jak się Pani mieszka w tym mieście.

    Dzisiejszy Berlin to fascynujące i najbardziej zielone miasto w Niemczech, miasto nie tyle multiculti, to już takie przegadane słowo, ja bym powiedziała, że Berlin to miasto niepokorne. Zaskakujący twór, pełen kontrastów, tu nic do siebie nie pasuje: obok przepięknie odnowionej kamienicy z cudownymi freskami i zdobieniami, która cudem przetrwała wojnę, stoi kamienica zajęta przez squatersów, dalej jest turecki bazar, a za rogiem elegancka prywatna szkoła amerykańska. Na kolejnej przecznicy pomnik rosyjskich żołnierzy, kamienie znaczące przebieg muru, tysiące mostów. Miasto przeorane historią, ciągła inspiracja.

    A właśnie, co bywa inspiracją?
    Mam wrażenie, że każdy budynek ze swoją pamięcią, ze swoją historią woła: napisz o mnie książkę, a krzak czy drzewo macha do mnie i mówi: opisz mnie, a walący się budynek za rogiem krzyczy: o drzewach będziesz pisać? No co ty, mnie opisz! Wędruję sporo po Europie i wszędzie mam spokój, nic do mnie nie krzyczy… poza Berlinem i… Sopotem. Kiedy mijam sopockie wille, czuję jak oplatają mnie ramionami, przemawiają do mnie, to jest dopiero moc. Sopockie domy mówią najgłośniej, najwyraziściej. Mówię jak jakaś schizofreniczna osoba (śmiech), ale zapewniam, że jestem zdrowa. Jedna z tych willi z dachem podkręcanym jak but Stańczyka, w której po wojnie mieszkała Monika Żeromska ze swoją mamą, to w pewnym sensie moja literacka rekwizytornia. Pojawia się w każdej mojej książce, także w tej, którą piszę teraz. W tym domu dzieje się wszystko, tylko że on nie stoi w Sopocie, ja wybudowałam sobie tę w willę w mojej przestrzeni literackiej. To też już trochę mój dom.

    Pisze Pani powieści sensacyjne, ale mocno osadzone w polityce...
    Która mnie zupełnie nie interesuje. Naprawdę nie wiem, skąd to się bierze. Owszem, namiętnie oglądam panele i rozmowy polityków, ale podchodzę do tego jak inni do seriali czy telewizji śniadaniowej. Siedzę w wannie i oglądam Monikę Olejnik, Anne Will, Sandrę Maischberger czy Justynę Pochanke - to najlepsza maseczka na twarz. Nie Monika Olejnik czy Anne Will z jej pytaniami, tylko ten ich śmieszny gość, pan jeden i drugi hałasujący słowem. To są takie studia nad Europą, dobry trening przed każdą książką. Socjologiczne i frazeologiczne klucze do intonacji powieści. Gotowe maskarady. A co do tej sensacji... nie jestem do końca przekonana, że piszę książki sensacyjne. W ogóle wszelka gatunkowość dusi mnie. Piszę książki obyczajowe z różnymi wątkami (śmiech).

    Berlin, rok 2011. W opuszczonej, zamieszkanej nielegalnie przez Romów kamienicy policja odnajduje zmasakrowane zwłoki pracownika Urzędu ds. Akt Stasi. W tym samym czasie w Sofii, w tajemniczych okolicznościach ginie niemiecki dziennikarz - tak zaczyna się "Magik", skąd ten tytuł?
    Magik to nazwa akcji Stasi, którą po części wymyśliłam. Mój bohater mówi: "Był człowiek - nie ma człowieka. Magiczna sztuczka". Makabryczne poczucie humoru w stylu Stasi. Z tą książką było tak, że najpierw przyszedł do mnie tytuł, potem przyszła reszta. Ale to nie jest książka o Bułgarii. To książka o Polakach w Berlinie, którzy rozwiązują bułgarską zagadkę.

    Próby dostania się na Zachód kojarzą się z murem berlińskim. Mało osób wie, że większość uciekinierów wybierała drogę przez Bułgarię.
    W latach 1961-89 na bułgarsko-tureckiej i bułgarsko-greckiej granicy ginęli ludzie. Było ponad 4,5 tys. udokumentowanych prób ucieczek z tzw. demoludów, podejrzewa się, że było ich o wiele, wiele więcej. Ludzie myśleli, że jest to granica mniej strzeżona, gdzie pasie się koza, babuszka jakaś wypieka chleb, więc jest łatwa do pokonania, ale było zupełnie inaczej. Było tam równie niebezpiecznie jak pod murem w Berlinie. Zginęło mnóstwo ludzi. W roku 2010 usunięto 6 km akt z urzędu Gaucka. To fakty, cała reszta w "Magiku" jest już fantazją.

    Pisała Pani "Magika" przez trzy lata, dbając o każdy szczegół. Niepozornie rzucone słowo z początku książki ma na przykład kluczowe znaczenie gdzieś w jej połowie.
    Lubię rozmach, ale dbam o szczegół. Pod koniec trzeba wszystkie fascynacje i cały ten proces tworzenia uporządkować. Coś, czego nie lubię, ale kto powiedział, że pisanie to lekka praca? Postacie drugoplanowe są równie dużym wyzwaniem co główni protagoniści. Choć może z tymi pierwszoplanowymi jest prościej, tworzą się same. Pisanie, proces twórczy - mechanizm, którego nie rozumiem, nawet nie próbuję. Wiele rzeczy powstaje poza nami piszącymi, czasem jesteśmy tylko medium dla czegoś, co trudno sprecyzować. Niewiele jest elementów w tej książce, o których mogę powiedzieć: to ja zadecydowałam, że ta książka jest taka. Temat przyszedł do mnie sam, nie ja go szukałam. Mnie w udziale przypadła pod koniec tylko żmudna obróbka tysiąca stron.

    * * *


    Magdalena Parys - pisarka, poetka, tłumaczka i dziennikarka, urodziła się w Gdańsku. Jako dziecko wyemigrowała z rodziną do Berlina Zachodniego. Absolwentka pedagogiki i polonistyki na Uniwersytecie Humboldta. Jej debiutancka powieść "Tunel" z 2011 roku otrzymała w Austrii literacką nagrodę Złotej Sowy. "Magik", jej nowa powieść, to pierwsza część trylogii berlińskiej.

    UWAGA! Konkurs został rozstrzygnięty.Nagrodzonych poinformowaliśmy o sposobie odbioru książek.

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      Szczecin

      Robert (gość)

      Zgłoś naruszenie treści

      No cóż, ta pani w Szczecinie opowiada, że Szczecin jest dla niej piękny, bardzo ważny i bardzo tęskni. W innych mediach powie, że najważniejszy jest Gdańsk a Szczecin "zimny". I jak tu wierzyć...rozwiń całość

      No cóż, ta pani w Szczecinie opowiada, że Szczecin jest dla niej piękny, bardzo ważny i bardzo tęskni. W innych mediach powie, że najważniejszy jest Gdańsk a Szczecin "zimny". I jak tu wierzyć pisarzomzwiń

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama