Dziennik Bałtycki » Blogi » Z panem Blogiem » Jimi - kaprys boga

Jimi - kaprys boga

Data dodania: 2010-09-20 09:55:09 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2010-09-20 10:49:06

Dziennik Bałtycki

Dariusz Szreter

3KomentarzePrześlijDrukuj
Mniejsza czcionka Większa czcionka
Jimi - kaprys boga

Dariusz Szreter

Niedziela, 19 września 2010

Minęło 40 lat odkąd umarł Jimi Hendrix, ale we wszystkich poważnych zestawieniach najlepszych rockowych gitarzystów wszech czasów miejsce numer jeden nadal zarezerwowane jest właśnie dla niego. W ciągu tych czterech dekad wydano na płytach już chyba każdą nutę, jaką nagrał, zrecenzowano każdą solówkę, przeanalizowano każdy wers jego tekstu, prześwietlono każdy zakamarek biografii, skatalogowano wszystkie panie, z którymi miał okoliczność erotyczną... Niewiele, jeśli w ogóle, można tu dodać. Ale przejść obojętnie, w milczeniu obok tej daty też nie wypada.

Z perspektywy tych 40 lat największe wrażenie robi chyba liczba 27 - tyle Jimi miał lat, kiedy odszedł.
∨ Czytaj dalej
Z tego na okres światowej kariery przypadły tylko ostatnie cztery. Ile jeszcze mógłby stworzyć, gdyby żył? No właśnie, to nie takie proste. Ostatnie 24 miesiące jego życia - mimo kilku jasnych momentów, takich jak choćby występ na Woodstock - to nie był okres artystycznie dużo. Szczególnie jeśli porównać go z 16 miesiącami między majem 1967, a wrześniem 1968, kiedy Jimi z dwójką młodych białych Anglików u boku wydał trzy albumy: "Are You Experienced", "Axis: Bold as Love" i "Electric Ladyland", z których każdy był kamieniem milowym w dziejach rocka. Coś się w nim jakby wypaliło, stracił poczucie kierunku. Odpadł. Wydany już po śmierci, po ponad dwuletniej przerwie, kolejny album studyjny "The Cry of Love" (wznowiony na kompakcie w latach dziewięćdziesiątych w poszerzonej dwukrotnie wersji, jako "First Rays of the New Rising Sun") brzmiał przyzwoicie, ale już jakby trochę siłowo. Magia uleciała.

Tak, też czytałem we wspomnieniach Milesa Davisa, że gdyby nie tamta feralna noc z 17 na 18 września 1970, lada dzień mieli wspólnie z Jimim wejść do studia. Że najbardziej szanowany przez Milesa aranżer, Gil Evans, też szykował się by zorganizować mu sesję ze swoją orkiestrą. Pytanie czy współpraca z takimi sławami wyzwoliłaby w Hendriksie nowe siły twórcze, czy przeciwnie - ożyłyby jego liczne kompleksy (m. in. na tle tego, że nie czytał nut) i jeszcze głębiej pogrążyłby się w nałogu.

Jako typowe dziecko ery Wodnika Jimi wierzył w przeróżne mitologie: indyjską, afrykańską, indiańską, ale też i grecką i rzymską. W każdym razie śpiewał o dolinach Neptuna, a tytuł jego najpiękniejszej kompozycji w tłumaczeniu na polski znaczy "W 1983 powinienem zmienić się w trytona" ("tryton" małą literą, bo chodzi nie o boga o tym imieniu, ale postać z orszaku Posejdona, męski odpowiednik syreny).



W tej mitologii bóg może nie tylko przybierać dowolną, także ludzką postać, ale może wręcz wcielać się na jakiś czas w konkretnego człowieka i działać czas pod jego postacią, po czym, kiedy ma już inne plany, "zwrócić" ciało oryginalnemu posiadaczowi.

A może wcale nie jest tak, że bogowie umierają, kiedy ludzie przestają w nich wierzyć? Może po prostu całe to bractwo z Olimpu, Zeus i spółka, tak ostro zaprawiło się ambrozją, że przespało ostatnie dwa tysiące lat. Dopiero mniej więcej w połowie lat 60. XX wieku zaczęli się budzić, a że trunek im się skończył, wytypowali kogoś (najpewniej Apollina, bo on był z nich najbardziej uzdolniony muzycznie) żeby skoczył do Londynu, bo doszło do ich uszu, że teraz właśnie tam można dostać najlepszy towar. Była jesień 1966, kiedy pewnie wciąż jeszcze skacowany bóg, gdzieś na Carnaby Street ,wpadł prosto na pewnego leworęcznego gitarzystę z Seattle, który niezrozumiany w rodzinnych Stanach, właśnie przyleciał do Londynu szukać szansy na tutejszej scenie rockowej. Może spodobał mu się jego fantazyjny strój, może zwrócił uwagę czarny kolor skóry, powodujący, że Jimi odstawał od reszty rockowej socjety swingującego Londynu? Grunt, że naszedł go kaprys by się pod niego na jakiś czas podszyć. I namieszał, oj, namieszał. Ale gdzieś pod koniec 1968 przypomniał sobie, że na Olimpie czeka na niego, pewnie coraz bardziej zniecierpliwiona czereda nieśmiertelnych krewniaków, więc wziął nogi za pas. A Jimi został ze swoją gitarą, miłością do bluesa, małpią zręcznością w palcach, ale już bez tej iskry bożej.

Brzmi zbyt fantastycznie? Moim zdaniem nie bardziej nierealistycznie niż którakolwiek inna teoria próbująca wyjaśnić fenomen Jimiego Hendriksa. Dlaczego więc nie mogło być właśnie tak?

Dodajesz jako: Gość

ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Zaloguj przez Facebook

Rzyczywiscie byl tak wspaniały?

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

Zenek Bzdenek (gość), 29.09.10, 21:14:01

Często ubolewam, że jestem pozbawiony tej wrazliwosci na muzykę. Nie potrafię niestety ani dobrze zapamiętac płyty ktorą wysłuchalem, ani tym bardziej nie jestm tak wrobiony by ocenic gdzie Hendriks sie popisał bardziej a gdzie mniej. Z tym wiekszą przyjemnoscią przeczytalem wywody pana szretera, który przporowadził mnie przez dziewiczy dla mnie las. Bardzo to ciekawe.
Swoja droga, mysl ze bogowie Olimpu mogliby ożyć inaczej niz na kartach mitologii jest równie interesująca.

odpowiedzi (0)

skomentuj

bogowie to temat ... obszerny?

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

kztsu (gość), 23.09.10, 21:58:32

Szanowny Panie Redaktorze - dzięki Pana wpisom na blogu nie po raz pierwszy znajduję możliwość powrotu do zdarzeń, których na co dzień bym nigdy nie zauważył. I tu - znając Pana niekwestionowaną wiedzę na temat muzyki - niniejszym potwierdzam wszem i wobec, że gdyby tych wpisów nie było wiele zdarzeń mogłoby umknąć - chyba nie tylko mojej skromnej osobie. Ubolewać należy, co kilkakrotnie w przeszłości mówiłem Panu, że jest dużą szkodą, że (nie wiem czy to nie zostałoby wykreślone) nie trafia do dużo bardziej szerszego grona czytelników. Sądząc po wpisach na blogu - no comments. JH - guru dla wielu. Muzyka i jej "klony" dla dużo większego grona odbiorców, którzy nie wiedzą, że JH był jej twórcą. Trzeba wierzyć, że kiedyś to się zmieni.
A propos - jestem bardzo szczęśliwym posiadaczem koncertu Bossa z Hyde Parku z ub. roku - 179 minut, 27 kawałków granych na full speed - sie zastanawiam, dlaczego do dnia dzisiejszego nikt się nie zbobył, lub może próbował ale mu to nie wyszło, żeby BS zagrał w Polsce. Może nadszedł czas , żeby sprawy wziąć w swoje ręce.
Darku, jak nie widziałeś - to musisz zobaczyć - to jest sprawa ważniejsza od życia i smierci - szczególnie że LFC daje dupy w tym sezonie.
Pozdrawiam serdecznie.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Rozrywka

Dziennik Bałtycki

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Dziennik Bałtycki", środa 23.05.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

Biuro Prenumeraty

Targ Drzewny 9/11
80-894 Gdańsk
tel. 58 30 03 694
infolinia 801 15 00 26

Prenumerata

Zamów prenumeratę

Reklama:

Biuro Reklamy Gdańsk
Gdańsk, Targ Drzewny 9/11
tel. 58 30 03 274
fax. 58 30 03 202

Biuro Reklamy Gdynia
ul. 10 Lutego 11
C.H. BATORY - III p.
(wejście od ul. Batorego)
tel. 58 660 65 11
fax 58 660 65 14

Reklama

Zamów reklamę

Kontakt z redakcją:

Polska Dziennik Bałtycki

80-894 Gdańsk
Targ Drzewny 9/11
tel. 058 30 03 300
fax 058 30 03 303

Redakcja


Oddziały lokalne redakcji

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama

Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikBaltycki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.