- To zachowanie psa ogrodnika. Sam nie zje i innemu nie da - porównuje Janusz Heba z Olszynki. Już w 2007 r. przedstawił urzędnikom swój pomysł rewitalizacji dworku, opracowany wspólnie z inżynierem i architektem. Oprócz odbudowania zabytku - pałacu, stajni, stodoły i parku chciał tam m.in. wybudować hotel, przystań na rzece, urządzić ścieżkę wycieczek konnych. Miasto powiedziało jednak "nie".
- Chciałem to skończyć przed Euro 2012.
Zrobić atrakcję, jakiej nie powstydziłoby się żadne miasto. Tu miała być restauracja, a tędy jeździły by starodawne bryczki - pan Janusz oprowadza po dworku. A raczej tym, co z niego zostało. Dwa lata temu runął dach stajni. Po ziemi walają się puszki, butelki i spadające z murów cegłówki. - Serce ściska, jak się na to patrzy. Te mury płaczą, a ja razem z nimi - przyznaje Heba.
- Takich chętnych jak pan Janusz mieliśmy sporo - mówi Michał Piotrowski z Urzędu Miejskiego w Gdańsku. - Ale obiekt chcemy tylko i wyłącznie sprzedać, a nie wydzierżawić.
Dlaczego? Tego miasto uzasadnić nie potrafi. Magistrat twierdzi, że robi co może, by obiekt sprzedać, ale bezskutecznie. - Przetarg na działkę będzie prawdopodobnie ogłoszony na przełomie bieżącego i przyszłego roku - zapowiada Piotrowski. - Mamy nadzieję, że znajdzie się kupiec. Jeśli nie, prezydent zdecyduje, czy ponowić przetarg z obniżoną ceną, czy zostawić obiekt w naszym zasobie.
Ten drugi wariant to dla dworku katastrofa. Bo miasto od lat o obiekt nie dba i dbać nie zamierza. - Niestety, nie mamy na to pieniędzy - ubolewa Piotrowski.
Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków namawiał władze, Gdańska by dworek oddały nawet za symboliczną złotówkę inwestorowi z pomysłem i pieniędzmi. Nie udało się jednak przełamać oporu magistratu. Marcin Tymiński, rzecznik wojewódzkiego konserwatora zabytków w Gdańsku rozkłada ręce. - Sprawa jest nam dobrze znana, ale to miasto jest właścicielem dworu i tylko ono za niego odpowiada - mówi. - Urzędnicy powinni jak najszybciej rozwiązać problem bo doskonale wiedzą, w jak strasznym stanie jest obiekt.