Pozostanie niestety - tylko i aż - Możdżer na Targu Węglowym, zburzenie murali Roskowińskiego bez ostrzeżenia i Henryka Krzywonos, która jako jedyna swoim wystąpieniem przypomnieć się zdała klimat tamtych dni, tamtego Sierpnia.
Pozostałe eventy - nie wyłączając jubileuszowego zjazdu Solidarności w Gdyni - wydaje mi się, należy jak najszybciej z pamięci usunąć. Poza Robertem Wilsonem i jego widowiskiem.
Bo choć widzowie zapewne w większości chcieliby zapomnieć o tym idiotycznym oczekiwaniu na to COŚ, na ten fajerwerk, na to show, na tę niesamowitą, zaskakującą nas wszystkich niespodziankę, na wydarzenie, które tłumaczyłoby sens stania w deszczu na terenie gdańskiej stoczni - zapomnieć nie powinni, nie mogą ani organizatorzy tegorocznych, ani tym bardziej organizatorzy kolejnych jubileuszy, koncertów, widowisk i pokazów. To bowiem nie jest kwestia dobrego smaku, a odpowiedzialności za ściągnięcie kilku tysięcy ludzi na uroczystość, która - jak zapowiadano jeszcze w trakcie koncertu - miała być świętem radości i sztuki. Wreszcie mieliśmy się cieszyć i bawić. Skończyło się na coraz szerzej otwieranych buziach, niedowierzaniu i oczekiwaniu na fajerwerki, które mogły uratować (i poniekąd uratowały) pomysł spędzenia wieczoru na widowisku Wilsona.
Za 8 milionów złotych z budżetu państwa otrzymaliśmy wiązankę słowno-muzyczną, bardzo enigmatycznie powiązanych ze sobą wypowiedzi i osób. Szacunek dla pracy artystów, którzy pojawili się na scenie, daje nam jedynie szansę znaleźć w tym wydarzeniu momenty, które pozwalają przekonywać się, że jednak warto było tam być. Dla jednych to Kayah, dla innych wiersz Lou Reeda, jeszcze dla innych wspólna obecność na scenie prezydenta Komorowskiego, marszałka Senatu Bogdana Borusewicza i prezydenta Wałęsy. Ktoś powie - Wojciech Mann był zabawny. Kto inny - fajerwerki warto było zobaczyć lub ten wielki łańcuch dmuchany, który się na chwilę podniósł nad ziemią... to jednak nie pozwala oprzeć się wrażeniu, że to nie miało być tak...
I dlatego trochę mi przykro... Bo to nie tak miało być nie tylko z tym koncertem, ale z całym świętem Solidarności, z której mieliśmy się cieszyć, być razem i dumnie pokazać światu i nam samym, że 30 lat temu Polacy stworzyli ruch, który zmienił mapę Europy. I cieszę się, że uczestniczyłem w prawdziwym święcie muzyki i radości dwa tygodnie wcześniej, na koncercie Możdżer+. Był tam też ojciec Maciej Zięba, dyrektor ECS, organizator widowiska Roberta Wilsona i widział. Wierzę, że widział we wtorek wieczorem różnice między tym, co wydarzyło się na Targu Węglowym, i tym, co działo się na terenie stoczni. I wierzę też, że już nikt nigdy nie da się skusić zapowiedziom nawet najlepszych, najbardziej uznanych i "najświatowszych" artystów, że zrobią COŚ... a co, to się okaże... Bo może się okazać, że kilka tysięcy ludzi zwyczajnie na kolejne święto nie przyjdzie.