"Gazeta Wyborcza", od bodaj dwóch miesięcy, prowadzi rodzaj akcji pod hasłem "najpiękniejsze polskie słowo". Początkowo postanowiłem ją zignorować. Nie dlatego, że to pomysł tytułu konkurencyjnego w stosunku do redakcji, w której pracuję, ale dlatego, że wydał mi się jałowy. Jak zresztą wszystkie konkursy piękności. Cykl trwał sobie jednak w najlepsze, o swoich ulubionych słowach mówiły różne znane, mniej znane lub zgoła całkiem nieznane osoby, a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że powinienem zająć jakieś stanowisko. Mam w końcu swoich ulubionych muzyków (z rozpisaniem na poszczególne kategorie instrumentalne), płyty (także z rozbiciem na style i dekady), filmy, reżyserów, książki, pisarzy, malarzy, kierunki filozoficzne, religie, audycje radiowe, strony www, kluby piłkarskie, czy miasta, w których chciałbym mieszkać, gdybym nie mieszkał tu, gdzie mieszkam.
A przecież wszystko to można zaliczyć do generalnej kategorii "hobby". Natomiast polskie słowa to dziedzina, którą zajmuję się profesjonalnie i to w dwójnasób: jako autor dobierający słowa do tekstów własnych i redaktor, oceniający i poprawiający cudze. Krótko mówiąc, tu wymigiwać mi się nie wypada.
Pozostało zatem zakasać rękawy i zabrać się do roboty. Tylko jakie zastosować kryterium? Najprościej byłoby wybrać jakieś piękne słowo-symbol: miłość, czułość, macierzyństwo, przyjaźń, lojalność, honor, ojczyzna... Z drugiej strony czemu nie synczyzna? Nie, poszukiwanie w świecie idei to najkrótsza droga to wpakowania się w jakąś wojenkę ideologiczną. Podobne niebezpieczeństwa czyhają przy wyborze innych rzeczowników - zamiast myśleć o słowie, kierują nas ku jego desygnatowi, rzeczy. To samo zresztą dotyczy czasowników, przymiotników i przysłówków. Trzeba raczej szukać słów, które tkwią wewnątrz języka, kleją go, spinają, umożliwiając myślenie, a nie tylko nazywanie.
Zatem jaki jest mój ulubiony spójnik? Pewnie ten, którego używam najczęściej. Oczywiście tam, gdzie jest wybór. To także ten, który najczęściej wykreślam ze swoich tekstów w czasie ponownej lektury, żeby uniknąć jego zbyt licznych powtórzeń. Do głowy przyszły mi dwa takie słowa. Pierwsze z nich to "bowiem". "Bowiem" rozpoczyna uzasadnienie tezy wyjściowej, daje rację, otwiera możliwość argumentacji, zaprasza do dyskusji. Jest zatem wyrazem racjonalności myślenia. Jednocześnie samo słowo ma w sobie jakieś wewnętrzne dostojeństwo, godność, której brakuje zarówno potocznemu, żeby nie powiedzieć prostackiemu "bo", jak i szkolnemu, sztywnemu "ponieważ".
Drugie słowo to "jednak". Wyraża ono krytyczność w myśleniu. Jest narzędziem intelektualnej samokontroli. Pozwala spojrzeć na sprawę z drugiej strony, albo nawet z kilku różnych stron. Uniejednoznacznia. Relatywizuje. Ja wiem, że "relatywizm" w niektórych kręgach to obelga, ale cóż, rzeczywistość rzadko bywa czarno-biała, a mowa: "tak - tak, nie - nie", najczęściej (co nie znaczy, że zawsze) wynika z emocji, uprzedzeń, fobii, kompleksów, skłonności do autorytaryzmu, potrzeby poczucia plemiennej jedności albo zwykłego lenistwa w myśleniu. "Jednak" pokazuje też, że myślenie (i rzeczywistość) może mieć charakter paradoksalny, że nie wszystko da się sprowadzić do prostego wynikania.
"Jednak", z niewiadomych dla mnie przyczyn, jest słowem prześladowanym w polszczyźnie: "nie zaczyna się zdania od jednak". Ma też kilka zamienników, jednak, jak na mój gust, nieco zbyt wyszukanych: "jednakże", "aczkolwiek", "jakkolwiek". A już humorystycznie brzmią próby przywrócenia staropolskiego "atoli", szczególnie w tekstach dziennikarskich. Dlatego, jeśli już dochodzę do wniosku, że nasadziłem w tekście byt dużo "jednak", najchętniej zamieniam je na zwrot "z drugiej strony". Staram się bowiem pamiętać, że stron jest wiele i dobrze, żeby każda, byle rozsądna, miała swój głos.