Zanim wykonamy dwa kroki w przód, krok wstecz. Ktoś 30 lat temu, już po podpisaniu Porozumień Gdańskich, wyraził w "Dzienniku Bałtyckim" nadzieję (wielką nadzieję nawet), że zaczniemy rozmawiać ze sobą zupełnie innym językiem. Oto co usłyszał jednak, gdy zadzwonił do przychodni: - Czy mogę zrobić EKG?
- A czy ma pan skierowanie?
- Mnie boli serce, mogę nie zdążyć pójść po skierowanie. Mnie boli.
- Trzeba mieć skierowanie.
("Dziennik Bałtycki", "Polaków język własny", 19.09.1980)
Tak było wtedy, 30 lat temu. A dzisiaj? Krok pierwszy. Kilka dni temu zwróciłem się w jednej z wrzeszczańskich przychodni do lekarza pierwszego kontaktu z prośbą o wystawienie recepty na specyfik, który ten sam lekarz (skądinąd zasłużenie cieszący się bardzo dobrą opinią) przepisywał mi wielokrotnie.
Lek skuteczny, sprawdzony. Brałem go codziennie, może z pięćset razy.
Tym razem jednak lekarz wypisania recepty kategorycznie mi odmówił i w trybie imperatywnym odesłał do recepcji. Mowę mi odebrało, coś bąknąłem i, niepyszny, gabinet opuściłem. Odniosłem wrażenie, że na przeszkodzie stanęły urzędnicze procedury, a tych - jak się okazuje - nawet lekarz nie przeskoczy. Zdawałoby się, co prawda, że lekarz to lekarz, pierwszy po Bogu, osoba, która ma dyplomowane kompetencje do osobistego decydowania o potrzebach pacjenta. Procedury w tej materii są na przedostatnim miejscu. Ostatnie miejsce, jak wiadomo, zarezerwowane jest dla księdza i grabarza.
W procedurach nie bierze się pod uwagę sytuacji podbramkowych, losowych. I ja nie piekliłbym się, gdyby nie okoliczność losowa właśnie. Traf bowiem sprawił, że lekarza, o którym mówię, przez tydzień nie było w przychodni i trzeba było zaczekać, aż wróci (proszę nie kazać mi kolędować po innych lekarzach).
I tu pora na krok drugi. Bo myliłby się, kto by sądził, że do wypisania recepty wystarczą 24 godziny. Na próżno po upływie doby udałem się do recepcji po receptę. Nie było jej nadal. W recepcji usłyszałem, że będzie wieczorem. Oczywiście mam w pamięci niespełniony postulat 16. Porozumień Gdańskich.
Oczywiście wiem, że wielu chorych i bardzo ciężko chorych rodaków niejednokrotnie znajduje się w sytuacji podbramkowej niemal beznadziejnej, a od procedur niezależnej. Pytam więc jedynie o Polaków język własny.