Nawet przez głowę mi nie przeszło, że będę kiedyś zmuszony wystąpić po stronie obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu i ich politycznych promotorów. A jednak. To, co stało się dziś przed Pałacem Prezydenckim, to absolutny skandal. Tablicę, która miała rozwiązać problem krzyża odsłonięto chyłkiem, w pośpiechu, bez zawiadamiania posłów i krewnych ofiar, bez udziału gospodarza obiektu czyli prezydenta RP. Kancelaria prezydenta, czy ktoś inny, kto stał za tą decyzją, zrobił to w sposób sprytny. Ale sprytnie nie znaczy mądrze. A w tym wypadku znaczy głupio, a nawet bardzo głupio.
Nie jestem przekonany czy w tym miejscu w ogóle powinna wisieć jakaś tablica.
A jeśli już, to upamiętniająca parę prezydencką i pracowników kancelarii, którzy zginęli w katastrofie (bo to było ich miejsce pracy) i może niekoniecznie zawieszona w miejscu ogólnodostępnym. Natomiast jeśli już zdecydowano się wziąć pod uwagę postulaty obrońców krzyża, należało to zrobić w sposób taki, żeby dać im choć odrobinę satysfakcji. Ja wiem, że dogadanie się z tymi ludźmi nie jest łatwe, a prawdopodobnie jest w ogóle niemożliwe, bo argumenty racjonalne do nich nie przemawiają. Wiadomo też, że Kaczyński i PiS też są w fazie podgrzewania konfliktów i trudno liczyć na jakikolwiek kompromis. Ale strona prezydencko-rządowa, nie zachowała nawet pozorów szacunku dla ich punktu widzenia. Zamiast próbować załagodzić konflikt, wysłano komunikat, który nie da się odczytać inaczej niż: "macie tablicę i odp...cie się". Czyli nie załatwiono dokładnie niczego, poza dodatkowym podgrzaniem nastrojów. Rozumiem, że rządowi i Platformie może to być nawet na rękę - im agresywniejszy staje się Jarosław Kaczyński, tym bardziej niezagrożone ich słupki poparcia. Żeby się nie przeliczyli! Ale mam pojęcia w co gra prezydent Komorowski, który jeszcze kilka dni temu w inauguracyjnym orędziu zapowiadał, że będzie się starał zyskać zrozumienie i uznanie wyborców Kaczyńskiego. Właśnie wykonał milowy krok w przeciwną stronę.