Nareszcie! Po latach (już nie chce mi się liczyć ilu) wygnania z dotychczasowej siedziby przy placu Zdrojowym sopocka Państwowa Galeria Sztuki powraca na miejsce jej z całą pewnością przynależne.
Najbardziej irytujące były ostatnie miesiące oczekiwania, a i tak powrót nie jest jeszcze pełny. No i odwlekający się termin pokrzyżował wcześniejsze "twarde" plany. Na przykład zadebiutowania po powrocie wystrzałową ekspozycją, a miały nią być "Metamorfozy" Georges'a Braque'a z prywatnej kolekcji Armanda Israela.
Dlaczego nie będą - objaśnił dyrektor Zbigniew Buski. Tego rodzaju międzynarodowe fajerwerki powinny przyciągać tysiące widzów.
Przez całe lato. Galeria musi na siebie zarabiać, choć trochę. A tu koniec lata bliski, lada dzień turyści się rozjadą, faktycznie: kogo taka wystawa będzie doić? Młodzież szkolną? Toteż "Metamorfozy" Braque'a owszem będą, ale za rok, na rozpoczęcie sezonu urlopowo-wczasowego.
W tym roku PGS musi zadowolić się skromniejszymi wydarzeniami. W każdym bądź razie - nie tak głośnymi nazwiskami. Proponuje jednak rzeczy naprawdę mocne, ekscytujące, doskonale wpisujące się w jej program misyjny: liczącej się w kraju i w Europie galerii sztuki XX i XXI wieku. Sprowadzać sztukę z Zachodu i Wschodu, ale też naszą eksportować w obu kierunkach. Ale na wstępie jest w nim pewien przymus: galeria musi odbudować swój autorytet krajowy i międzynarodowy, który utraciła podczas zesłania. Przymusowego, niezasłużonego. Tak więc wolno mi - po latach zajmowania się jej wystawami - zakrzyknąć: nareszcie!
A zatem: "na powrót", co miał trwać jakieś dwa i pół roku, a trwał trzy razy dłużej, przygotowane zostały trzy wystawy: o seksie i śmierci "Oh no, not sex and death again!", wystawa sześciu seniorów polskiej sztuki pt. "Wybór", a we wrześniu dojdzie jeszcze wystawa ekspozycja artysty młodego pokolenia, Oskara Dawickiego (pomieszczenia ekspozycyjne nie są jeszcze gotowe).
Najwięcej kontrowersji wśród nich może budzić pierwsza, nad którą zresztą sprawujemy patronat medialny. Dlatego więcej o kontrowersji - w rozmówce z dyrektorem Zbigniewem Buskim. Żyjemy - uważam - w cywilizacji śmierci. Nie w sensie kultu śmierci; przeciwnie: ucieczki od śmierci, w wieczną młodość, a nawet zdziecinnienie. Codziennego wypychania prawdziwych problemów śmierci ze świadomości przy jednoczesnym łapczywym jej konsumowaniu. Zwłaszcza medialnym: codziennie media pełne są obrazów katastrof, powodzi, zbiorowych nieszczęść itp. Ta konsumpcja śmierci przedostaje się również do sztuki. Od dziesiątków lat.
Chodzi mi jednak o inny wymiar cywilizacji śmierci, mianowicie zamazywania granic pomiędzy dobrem i złem. Pomiędzy wartością i chłamem. Autorytetem i degrengoladą. Wreszcie pięknem i brzydotą. A o czym jest ta wystawa, przewrotnie zatytułowana cytatem z Sary Lucas "Oh no, not sex and death again!"? Właśnie o rozmazywaniu granicy między seksualnością i martwicowością. Patronują jej wprawdzie starożytni bogowie Eros i Tanatos, tu jednak stapiają się w jedno.
Pięćdziesięciu siedmiu artystów światowych i polskich, na ponad dwustu fotogramach z kolekcji Cezarego Pieczyńskiego z Poznania (Galeria Piekary) zmaga się z najważniejszym, jak sądzę, tematem naszej cywilizacji.
Z różnymi skutkami. Takimi, które się da zaaprobować od pierwszego spojrzenia, poprzez takie, do których trzeba przekonywać się bardzo długo (ale trzeba), aż po zdecydowanie godne tylko odrzucenia. Mające jakąś wartość jedynie dla kolekcjonera, a każdy kolekcjoner ma, jak wiadomo, swoje kuku na muniu. Znakomicie ujęła to zacytowana w katalogu Susan Sontag: "Kolekcjonerstwo jest wyrazem bezprzedmiotowego pożądania, które przywiera do coraz to nowego przedmiotu - sukcesja pożądań.
Prawdziwy kolekcjoner nie jest niewolnikiem nie swojej kolekcji, lecz kolekcjonerstwa". Idealnie pasuje do Pieczyńskiego.
Są tu więc rzeczy chore, odrażające; są i zachwycające. Dla mnie do ostatnich należą te, które cechują polot i poczucie humoru. Np. prace Ewy Świdzińskiej ("Pieprzniczka", "Koronczarka", "Croce" 9!). Odrzucają zaś te, w których podejrzewam ponurą chęć epatowania brutalnością, tanatyzmem, brzydotą, np. w "Karaskach w wołowinie" Katarzyny Kozyry czy niektóre prymitywne koncepty Łodzi Kaliskiej. Uznaję, bo muszę, takich mistrzów światowej fotografii jak Hans Bellmer czy Andreas Serrano, ale zachwycony nie jestem. Wystawy wspiera dwujęzyczny, dobrze przygotowany i wydany katalog.
Co do dwu pozostałych wystaw: "Wybór" jak wybór. Nazwiska z górnej półki (Tadeusz Brzozowski, Wojciech Fangor, Jan Tarasin, Tomasz Ciecierski, Włodzimierz Jan Zakrzewski, Leon Tarasewicz), wyborca dobrze znany i uznany: Włodzimierz Nowaczyk… O Dawickim nie będę pisać, bo nie mam pojęcia (choć o samym Dawickim mam) co tu w Sopocie pokaże. I to by było na tyle. Tak; to jest w sumie coś, na czym można budować przyszłość PGS.
No to do najbliższego czwartku. Aha, wejście tylko za okazaniem zaproszenia. Nareszcie! Nieproszone moczymordy wernisażowe niech się więc nie wybierają.
Rozmowę ze Zbigniewem Buskim dyrektorem Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie znajdziesz w poniedziałkowym, papierowym wydaniu "Dziennika Bałtyckiego"
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikBaltycki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.