Open'er zakończony. Dla mnie były to przede wszystkim cztery wspaniałe dni pełne kapitalnej muzyki i spotkań z niesamowitymi ludźmi. No dobra, jeżeli miałbym być całkiem szczery to także cztery dni ciężkiej pracy, z krótkimi przerwami na sen (mam nadzieje, że dziś po raz ostatni na jakiś czas dodaje wpis o tak nieprzyzwoitej godzinie).
Wszystko o festiwalu Open'er 2010
Impreza przy urnach
Ostatniego dnia razem z innymi festiwalowiczami poszedłem do wyborczej urny. Frekwencja dopisała. Okazało się, że ludzie młodzi, żądni dobrej zabawy potrafią też wziąć odpowiedzialność za losy kraju i znaleźć tą chwilkę aby zagłosować. Ciekawe tylko, czy nadmiar spożytego piwka pozwolił im wstawić krzyżyk w odpowiednim miejscu?
Wielkie uznanie należy się organizatorom festiwalu i miastu Gdynia.
Tak, tak! Pora na aplauz. Organizatorom za świetną informację, ulotki i informacje zachęcające do oddania głosu. Gdyni brawo za podstawione autobusy i butelkę zimnej wody jaką dostałem przed urną. W tą pogodę to było prawdziwe zbawienie!
Elektrownia atomowa w... Babich Dołach?
Starczy tej polityki. Pora na muzykę. Pod tym względem niedziela była wspaniała! Podejrzewam, że nie jesteście tym mocno zaskoczeni?
O godzinie 20:00 został rozwiązany problem elektrowni atomowej na Pomorzu. Otóż wcale nie musi być ona budowana w Żarnowcu. Wystarczy złapać kapelę The Hives i kazać im grać. Po tym co usłyszałem jestem przekonany, że spokojnie mogli by dostarczyć mocy dla całego Trójmiasta. Co lepsze wokalista kapeli Pelle Almqvist twierdził, że The Hives jest nieśmiertelne. Kwestia bezpieczeństwa energetycznego Polski wydaje się więc już załatwiona!
Równie wielką moc roztaczało ze sceny The Dead Weather. Jack White po raz kolejny udowodnił swoją klasę. To już trzecia kapela jaką przywiózł ze sobą na Open'er Festival. Ciekawe tylko z kim wróci za rok? Jack jest mocno niestały w swoich muzycznych związkach. Dobrze chociaż, że festiwalowi jest wierny. Póki co dostaliśmy świetną muzykę i stylistykę przypominającą z lekka filmy Tima Burtona. Niezwykle wciągająca i elektryzująca rzecz.
Chciałbym coś podobnego napisać o Wild Beasts, ale niestety nie mogę. Na ten koncert dotarłem równo w momencie jego zakończenia! I chociaż głośno krzyczałem bis, nic to nie dało. Z jakiegoś powodu moje prośby nie zostały wysłuchane. Ci co wychodzili z namiotu po tym koncercie wyglądali jednak na zadowolonych (jakże ich za to nienawidzę. Naturalnie żartuję).
Festiwal na głównej scenie zamknął Fatboy Slim. Gwiazdor muzyki tanecznej spisał się na medal. Świetna wizualizacje, doskonałe bity, ot klasa sama w sobie. Zmusił do tańca nawet tych najbardziej opornych. Ze mnie wycisnął ostatnie siły witalne.
Koniec?
Rano rozpocznie się wielkie sprzątanie, a pole namiotowe na lotnisku w Babich Dołach zacznie szybko pustoszeć. Pewnie paru co twardszych festiwalowiczów obudzi się zdziwionych tym, że impreza dobiegła końca (a ich ból głowy niestety trwa dalej). Niestety pora wrócić do normalnego, regularnego, dziennego życia. Pora odwiedzić rybkę, przytulić psa i poduszkę oraz wziąć ciepły, długi prysznic (W domu czekają też inne atrakcje. Wiecie nikt o zdrowych zmysłach Toi-Toia tronem nie nazwie. Nawet po pijaku).
Tak to już bywa, że jak coś się zacznie, to na pewno się skończy. Co gorsza jeżeli chcielibyśmy, żeby trwało to dłużej to skończy się jeszcze szybciej. Od tej reguły niestety wyjątków nie ma. Pomimo, że jestem piekielnie zmęczony to jednak mam ochotę na więcej (proszę tylko organizatorów, żeby nie brali tego jako sugestii. Obawiam się, że mógłbym nie przeżyć tygodnia tak ostrej zabawy).
PS
Na koniec happy end. Otóż w niedzielę wieczorem, na scenie Tic-Taca (a była tu taka) odbyła się rzecz niezwykła. Uczestnik jednego z konkursów zachował się trochę niestandardowo. Pan najpierw pośpiewał do mikrofonu, a potem oświadczył się swojej Pani. Pani oświadczyny przyjęła i para zyskała aplauz, niemal tak duży jak występujące na festiwalu gwiazdy. Widzicie, tu naprawdę dzieją się rzeczy magiczne!