W minioną środę w Nowej Synagodze we Wrzeszczu Agnieszka Arnold zaprezentowała swój film "Bunt Janion". Dokument zrealizowany kilka lat temu. W dyskusji po projekcji głos na temat ruchu intelektualnego nad Wisłą zabierali - głównie - gdańscy wychowankowie pani Profesor Marii Janion. Nie wszystkie wypowiedzi były dla mnie klarowne. Uczniowie ze stajni prof. Janion przerzucali się półsłówkami zrozumiałymi in extenso pewnie jedynie dla ich światłego grona. I raptem, ni stąd, ni zowąd, pani prof. Ewa Graczyk - wychowanka prof. Janion - nie zdzierżyła. Rąbnęła pięścią w blat stołu i - podnosząc głos - zapowiedziała, że już nigdy więcej nie wystąpi jako uczennica Pani Profesor.
Przywołała jakiś zaległy "rachunek krzywd" i jakiś tekst M. Janion w 1952 roku. I tyle.
Incydent przeszedł bez echa i - jak gdyby nigdy nic - ciągnięto rozmowę o ruchu intelektualnym na tle "Buntu Janion". I wtedy z tylnych rzędów ktoś dyszkantem nieśmiało spytał, czy prof. Janion ma aby dzisiaj tytuł do buntu? Sądziłem (do środy), że tytuł taki dzisiaj przysługuje każdemu. Tu wtrącę, że utkwiła mi w pamięci polemika Jacka Woźniakowskiego, podjęta z Marią Janion w roku 1973, po ukazaniu się jej sztandarowego dzieła "Romantyzm, rewolucja, marksizm". Krakowski intelektualista finezyjnie kwestionował spójność przesłanek światopoglądu autorki. Lecz oto niedawno, dyplomant prof. Janion w tymże roku Pańskim 1973, Stefan Chwin - szyfrując nazwisko! - zamyślał się nad dziwnym brakiem u Marii J. wrażliwości na piękno: "Mądrość prometejska Marii J. zwracała się przeciw sztuce, choć sztukę wynosiła na piedestał".
Już Irzykowski zauważył, że nauka zjada poezję. Natomiast troska o płynny charakter ruchu intelektualnego powinna być sprężyną kultury. A tu zgrzyt! Bo gdyby Janion podjęła przed kamerą próbę autorefleksji, może jej bunt dzisiejszy miałby większą siłę rażenia? Dzisiaj, dzięki Bogu, monopolu na kulturę nie ma nikt. Tym bardziej więc z kolei trudno pojąć motywy kilkuletniego przetrzymywania "Buntu Janion" w szafie pod kluczem TVP. Agnieszka Arnold wspomniała, że w ub. roku, na krakowskim Kongresie Kultury, aspekty problemu kluczowego - problemu kultury - wałkowano na dziesiątki sposobów. Z tym, że każdy definiował kulturę inaczej.
Może czasem łatwiej zdefiniować prawdę niż kulturę?