Choć i ta nominacja nie opisuje dobrze miejsca, w którym jest dziś Lipnicka. Rzeczywiście, jej ostatnia płyta "Hard Land of Wonder" operuje ascetycznymi, akustyczno-kameralnymi środkami wyrazu, ale daleko im do ballad wyśpiewywanych na harcerskich obozach przy akompaniamencie gitary klasycznej.
Do nagrań artystka zaprosiła czołowych londyńskich muzyków sesyjnych. Muzyczna elegancja materiału została rozłożona na minimalistyczne partie fortepianu (na którym zagrała sama Lipnicka), kontrabas, instrumenty perkusyjne i rzewną grę skrzypiec. I choć niektórzy krytycy formułowali wobec płyty zarzut monotonii, trudno nie docenić subtelnego uroku albumu, który spójnie łączy surowe, chłodne instrumentarium z niemal dyskretnie wyszeptanymi tekstami.
W wersji lirycznej "Hard Land of Wonder" to bowiem studium relacji damsko-męskich, w którym Lipnicka opowiada o miłości - tej niespełnionej ("Car Door"), wypalonej ("Half Way Through"), niezdrowej i źle pojmowanej ("Lovely Fake", "Hungry Feast of Love", "The Chase"), ale też tej uskrzydlającej ("You Change Me"). Śpiewa po angielsku, bo, jak mówi, to sprawy zbyt intymne, żeby wyrazić je po polsku.
Zapraszając zebraną w sopockim Domu Zdrojowym publiczność do "przenośnego muzycznego SPA" i obiecując "emocjonalny masaż duszy", Lipnicka nie rzucała słów na wiatr - wraz ze swoim polskim zespołem wiernie odtworzyła bowiem znany z płyty kameralny, intymny i - mimo obecności aż sześciu mężczyzn na scenie - na wskroś kobiecy nastrój. To ostatnie sugerowały choćby skierowane cały czas na wokalistkę światła. Ostatnio nabytą umiejętnością gry na fortepianie artystka popisała się tylko w trzech utworach - w pozostałych jej partie odegrał za nią klawiszowiec. Często sięgała za to po gitarę akustyczną, a przede wszystkim w niezwykle osobisty sposób prowadziła występ.
W koncertowych wersjach utwory z nowej płyty stały się bogatsze o mroczne intra, pogłosy i efekty dźwiękowe, co uczyniło tę "surową krainę cudowności" jeszcze surowszą i jeszcze bardziej zamkniętą na chłód świata zewnętrznego. Artystka zabrała też słuchaczy w rejon swoich muzycznych fascynacji, wykonując - w bliskiej oryginałowi, klezmersko-kontrabasowej aranżacji - "Love Came Here" z repertuaru zmarłej w styczniu wokalistki Lhasy de Seli. A kiedy wybrzmiał już cały materiał z "Hard Land of Wonder", Lipnicka sięgnęła po swoje wcześniejsze utwory - solowe ("Piękna i rycerz", "Mosty") i te nagrane jeszcze z Varius Manx ("Zanim zrozumiesz" i "Piosenkę księżycową"). Starsze piosenki pasowały tematycznie do miłosnej otoczki koncertu, ale artystka postanowiła dostosować je do konwencji nowych nagrań także aranżacyjnie, robiąc swoim muzykom dużo miejsca na instrumentalne improwizacje.
Kiedy Anita Lipnicka odchodziła z będącego u szczytu popularności Varius Manx, nikt nie dawał jej szans na solowy sukces. Kiedy prawie dekadę później postanowiła związać się artystycznie z Johnem Porterem, też nikt nie wróżył ich duetowi powodzenia. Kiedy jednak im się udało, a propozycje koncertowe i dobra sprzedaż płyt dawały obojgu perspektywę długoletniej, spełnionej komercyjnie współpracy, Lipnicka postanowiła odważnie powrócić na ścieżkę solowej kariery, wydając tak trudną płytę jak "Hard Land of Wonder". Jak pokazuje więc jej dotychczasowa kariera, artystka alergicznie reaguje na wszelkie formy stabilizacji i ma odwagę przerywać układy, które już jej twórczo nie inspirują. A jak pokazał sopocki koncert, publiczność potrafi tę odwagę docenić.