Ofiarom sowieckiego terroru na Kaszubach należy się pamięć, której odmawiano im przez dekady PRL, a także zbyt często już w wolnej Polsce. Wyciąganie teraz, że wśród tysięcy ofiar mogło być kilku czy kilkudziesięciu żołnierzy Wehrmachtu lub nawet SS-manów jest po prostu bezduszne.
W 1945 roku Sowieci potraktowali zachodnie Kaszuby jak tereny niemieckie, gdzie wolno było im wszystko. Nikt nie pytał o pochodzenie narodowe. Sowieci bezlitośni byli nawet dla swoich. Rozstrzeliwali jeńców wojennych, którzy trafili do niemieckiej niewoli w 1941 roku i przymusowo pracowali na Pomorzu. Byli żołnierze Armii Czerwonej ginęli od kuli lub bagnetu często chwilę po tym, jak powitali swoich "wyzwolicieli".
Nikt się wtedy nie zastanawiał, jak bardzo poplątana była historia tego regionu.
Kaszubi rzeczywiście służyli w niemieckim wojsku, ale nie zawsze z własnej woli. Byli, często siłą, wcielani do Wehrmachtu. Jedni służyli do końca wojny, wiernie wypełniając rozkazy. Byli też tacy, którzy próbowali uciekać i wojnę kończyli już w polskich mundurach.
O losach Kaszubów podczas II wojny światowej zaczęło się mówić więcej po ostatniej kampanii prezydenckiej, oczywiście za sprawą "dziadka z Wehrmachtu" Donalda Tuska. To były historie głównie tych z "polskiej" części Kaszub.
To samo jednak spotkało tysiące młodych mężczyzn z "niemieckich", zachodnich Kaszub. Zdecydowana większość Kaszubów z tych terenów próbowała zachowywać swoje polskie korzenie, choć ich rodziny kontakt z Polską straciły często kilka wieków wcześniej.
Byli też tacy, którzy mimo polskiego i kaszubskiego pochodzenia czuli się Niemcami i z całego serca służyli Hitlerowi, angażując się gorliwie w nazistowskie zbrodnie. Takim niechlubnym przykładem jest Erich von dem Bach-Zelewski - generał SS (SS-Obergruppenführer) i członek NSDAP. Urodził się w niemieckim Lauenburgu (Lęborku) i prawdopodobnie znał język polski. Czuł się Niemcem i służył do samego końca wiernie Hitlerowi. Był odpowiedzialny za liczne zbrodnie wojenne na ludności cywilnej w Polsce i ZSRR. Nigdy jednak za nie nie odpowiedział, ale kilka razy został skazany za zbrodnie w Niemczech. Po wojnie bardzo szczerze stwierdził: "Byłem do końca człowiekiem Hitlera. I jestem do dziś jeszcze przekonany o jego niewinności". Zmarł w 1972 roku w więziennym szpitalu.
Nawet takie historie nie mogą być jednak żadnym usprawiedliwieniem dla tego, co Sowieci zrobili wiosną 1945 roku. To wtedy zgonili na zamek w Bytowie kilka tysięcy mężczyzn z zachodnich Kaszub. Jedynym kryterium był wiek, od 15 do 65 lat. Wszyscy byli wrogami, czyli Niemcami, a dla wrogów litości nie było. Byli bici, umierali z głodu. Ci, którzy przeżyli, trafili na Syberię. Wrócili nieliczni. Zaczęli opowiadać swoje historie dopiero po kilkudziesięciu latach, już w wolnej Polsce. Wielu wciąż jednak się bało.
Wszystkim ofiarom należy się nasza pamięć. Nie wolno jej odmawiać tylko dlatego, że razem z nimi zginęło kilku czy kilkudziesięciu hitlerowców. Tej pamięci swoim ofiarom odmówili właśnie Sowieci, którzy zastosowali odpowiedzialność zbiorową.