Samoobrona została połknięta jako przystawka PiS, ale Andrzeja Leppera z polityki ostatecznie wypchnął sąd, który w pierwszej instancji skazał go za udział w seksaferze na dwa lata więzienia. Dlaczego stoczył się na dno, choć był już tak wysoko.
Jeśli sąd drugiej instancji podtrzyma wyrok bezwzględnego więzienia dla Andrzeja Leppera, to tylko przypieczętuje prywatne losy byłego wicepremiera, bo jako ogólnopolski polityk skończył się już dawno. Tak naprawdę nie wykończył go ani wymiar sprawiedliwości, ani - wbrew własnym przechwałkom - Jarosław Kaczyński. Leppera zniszczyły władza i pieniądze. Dowody swojego końca dawał, gdy był wicepremierem i mówił w TVN 24 o tym, że nosi "tanie buciki od Kielmana, za jedyne 1200 zł".
Na co komu Lepper szpanujący trzewikami o wartości dwóch zasiłków dla bezrobotnych? Ani nie nadaje się na obrońcę uciśnionych, ani na straszaka dla inteligenckich pociech.
Lepper przestał być wiarygodny wśród własnego elektoratu i przestały potrzebować go inne partie. A przecież wcześniej było inaczej. Lepper zawsze się komuś przydawał. Szczególnie Lechom i Leszkom - Wałęsie, Millerowi i Kaczyńskiemu. Dziś nie potrzebuje go już nikt. Choć w Samoobronie nie do wszystkich jeszcze to dotarło, to to już koniec nie tylko jej przewodniczącego, ale i tej partii.
Lepper od swojego początku fascynował - być może był najbardziej fascynującym politykiem w Polsce po 1989 roku. W 2001 roku jako dziennikarz uczestniczyłem w wieczorze wyborczym Samoobrony w słynnym podwarszawskim zajeździe U Witaszka, gdy Samoobrona weszła do Sejmu z 10-procentowym wynikiem, radykalnie różniącym się od sondażowych przepowiedni. Zaraz po ogłoszeniu wyników działacze Samoobrony wyskoczyli do góry wraz z biało-czerwonymi krawatami na ich szyjach - pomysłem Piotra Tymochowicza. Leppera noszono na rękach i podrzucano do góry.
Zabawnie to kontrastowało z minami oniemiałych dziennikarzy, niedowierzających w triumf watażki i jego bandy, w której wtedy zresztą znajdował się choćby detektyw Rutkowski, a także wielu faktycznych lokalnych liderów wiejskich - często bogatych, wpływowych właścicieli przedsiębiorstw rolnych, którzy w pewnym momencie stali się bohaterami swojej okolicy, wymuszając na skupie blokadą lepsze ceny, twardo negocjując z pobliskim hipermarketem. Ale byli też tam weterynarze czy jakiś filozofujący alterglobalista w średnim wieku, a niegdyś aktywny uczestnik Marca 1968 roku. I choć polski mieszczanin czuł przerażenie, a Kazik Staszewski śpiewał "Pierdolę Pera", to czuło się powiew prawdziwej mocnej, rewolucyjnej siły społecznej. Jeden ze znanych polskich socjologów snuł wówczas w prywatnych rozmowach analogie pomiędzy powstaniem partii Leppera a KOR.
Tyle że z tą rewolucyjną siłą od początku było tak, że co rusz się komuś przydawała i dlatego dziś wszyscy wszystkich oskarżają o budowę politycznej kariery Leppera. W 1991 roku, organizując okupacje i blokady w całej Polsce, stanowił świetną odpowiedź na frustracje tych, którzy najwięcej ucierpieli na transformacji. I w swoim przybrudzonym swetrze, zaczesując tłuste włosy plastikowym grzebykiem i organizując głodówki, był w tym dużo autentyczniejszy niż liderzy SDRP, a później SLD w krojonych na miarę garniturach i po amerykańskich stypendiach Fulbrighta. Lepper konsumował rozczarowanie kolejnymi rządzącymi ekipami. To wszystko doprowadziło jego partię do wyborczych sukcesów w 2001 i 2005 roku, a Leppera do rewelacyjnych 15 procent w wyborach prezydenckich w 2005 roku i trzeciego miejsca. Zaledwie pięć lat temu wydawało się, że przed liderem Samoobrony stoi gigantyczna kariera polityczna.
Samoobrona, partia powstała z ludzkiej frustracji, faktycznie - w przeciwieństwie do wszystkich innych stronnictw - wydawała się formacją stworzoną z niczego. Nie miała ani wielkiego odziedziczonego majątku, ani potencjału intelektualnego, nie tworzyli jej bohaterowie opozycji. Ale bogini Fortuna niezwykle jej sprzyjała. Także dlatego, że Andrzej Lepper niezwykle się przydawał innym.Lepper, były członek PZPR, rolnik z Koszalińskiego bez matury, zaczynał od listów w obronie rolników pisanych do wszelkich możliwych władz państwowych. Nie występował wcale - jak to się dziś przedstawia - w obronie byłych robotników z PGR czy bezrobotnych, ale średniej warstwy rolników, która nie poradziła sobie z hiperinflacją na początku lat 90. W wyniku gigantycznego wzrostu oprocentowania kredytów i przyspieszenia kapitalizacji odsetek ci, którzy wzięli nawet drobne pożyczki w banku, stanęli oko w oko z komornikami i gigantycznymi długami.
Lepper w ich obronie ogłosił okupację, między innymi w Ministerstwie Rolnictwa w kwietniu 1992 roku. A ponieważ Lech Wałęsa skłócił się już wówczas z ówczesnym premierem Janem Olszewskim (było to niecałe dwa miesiące przed listą Macierewicza i nocną zmianą), więc zaprosił Leppera do Belwederu, by utrzeć nosa rywalowi. Podpisali porozumienie. To był początek wielkiej kariery lidera Samoobrony.
Choć do Sejmu droga była jeszcze daleka. Musiały dojść do władzy wpierw lewica, a potem AWS. Za rządów Jerzego Buzka Lepper faktycznie potrafił paraliżować Polskę. Wysypywane zboże, marsze gwieździste (idące z kilku stron na URM), blokady, chłosty i wywożenie na taczkach niepokornych wójtów. Niby budziło to sprzeciw, oburzenie, ale z drugiej strony Samoobrona zaczęła ujawniać swój ogromny potencjał polityczny. Z tego okresu pochodzi teza, że Leppera także finansowo wsparł Leszek Miller. Profesor Antoni Dudek, historyk dziejów najnowszych, nie jest jednak do niej przekonany. - Lepper zanadto zagrażał samemu SLD i Millerowi, ale fakt faktem, że w tym czasie ktoś bardzo mu pomógł.
Wskazywano na rozmaite kontrowersyjne fundacje i instytuty, które wówczas wspierały Samoobronę, nierzadko kojarzone z rosyjskim wywiadem czy z nacjonalistycznymi odłamami ruchu alterglobalistycznego. Wśród instytucji, na temat których wówczas się spekulowało, był choćby kontrowersyjny Instytut Schillera.
Pieniądze w Samoobronie zaczęły być widoczne. Ruch był świetnie zorganizowany. Za pracę nad jego wizerunkiem zaczął odpowiadać Piotr Tymochowicz, mający wówczas rewelacyjną renomę ze względu na udaną pracę nad Marianem Krzaklewskim w 1997 roku. Nie krył, że Lepper był ponadprzeciętnie uzdolnionym uczniem. Lepper, z jednej strony pobierając lekcje wymowy, trzymał partię żelazną ręką. Choć wokoło niego kręcili się rozmaici ekstremiści z prawa i lewa, choćby pokroju faszysty Janusza Bryczkowskiego, to nigdy nie mieli szans na odbicie Lepperowi partii i w końcu jak niepyszni odchodzili w nicość.
W 2001 roku Lepper został wicemarszałkiem Sejmu. Wtedy zaliczył pierwszą bardzo poważną wpadkę. Wygłosił piorunujące przemówienie wypełnione oskarżeniami wobec całej klasy politycznej. Pokazał talent mówcy, oskarżał, pytał, atakował, opowiadał o milionowych łapówkach, przekrętach. Sejm zamroziło. Ale potem okazało się, że na nic nie ma żadnych dowodów. Ówczesny działacz Samoobrony: - Ktoś mu to podsunął. Wprowadzono go świadomie w błąd. Uwierzył, że ma z tą wiedzą siłę, by wywrócić do góry nogami scenę polityczną.
Nie wywrócił. W dodatku naiwnie uwierzył swojemu adwokatowi, że przed konsekwencjami ustrzeże go pytająca forma rzucanych przez siebie zarzutów.Bez względu na to, jak głęboki był flirt Leppera z Millerem za czasów Buzka, to później był on głęboki. Szczególnie po wyrzuceniu przez eseldowskiego premiera PSL z koalicji Samoobrona po raz pierwszy stała się quasi-koalicjantem. Przez pewien czas we wszystkich istotnych głosowaniach wspierała SLD, pozwalając tamtemu gabinetowi istnieć. Flirt się skończył przy okazji raportu z komisji Rywina, Lepper - roztropnie - nie miał zamiaru tonąć wraz z Millerem, kazał swoim zagłosować za najostrzejszym raportem Ziobry.
Efektem były słynne słowa Millera: "Andrzej, proszę cię, wyjdź!". Andrzej wyszedł, by powrócić w niewiarygodnej konstelacji.
Koalicję Samoobrony z PiS głośno przewidział tylko jeden publicysta w Polsce - Janusz Rolicki. Zaczęło się od wyborów prezydenckich. W pierwszej turze Lepper był największym wygranym. W drugiej, przerzucając głosy na Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie przyczynił się do jego zwycięstwa. Gdy PiS i PO nie dogadały się co do wspólnej koalicji, coraz bardziej jasne się stawało, że LPR i Samoobrona - wpierw przystawki - będą musiały zostać w końcu oficjalnymi koalicjantami.
Pomimo słynnych żartów o konsumpcji przystawek Jarosławowi Kaczyńskiemu stawały one w gardle. Przywrócenie - niechcianego Leppera - z musu do rządu było jego ostatnim wielkim sukcesem. A potem zaczął się wielki upadek, który dużo wcześniej przepowiedziały sondaże. Elektorat Samoobrony nie akceptował swojego watażki jako wymuskanego ważniaka wożącego się rządową limuzyną. Zaczęły się afery. W Samoobronie sporo krwi napsuł reportaż w tygodniku "Newsweek", w którym prostytutka, z której usług miał korzystać Lepper, opowiadała, że płacił jej garściami z partyjnej kasy. Prostytutka - to obyczajówka, partyjna kasa - to zdrada. Te zarzuty nigdy potem się nie potwierdziły, ale pojawiały się następne.
Dziś można już powiedzieć, iż z pochodnych akcji CBA, które miało dowieść łapówkarstwa Leppera, były wicepremier się wywinął. Ale z historii z Anetą Krawczyk i innymi kobietami nie. Artur Balazs, były minister rolnictwa za czasów Buzka, który dziś specjalizuje się w rozmaitych politycznych mission impossible i był jednym z twórców tamtej koalicji, twierdzi, że Leppera seksafera zarżnęła długo przed wyrokiem sądu i to jej przede wszystkim nie przebaczył mu elektorat. - W grudniu 2006 roku Lepper na spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim, w którym brałem udział też ja, obiecał, że wyrzuci z partii Stanisława Łyżwińskiego za seksaferę. Powtórzył to później na konferencji, i tak też zrobił. A kilka tygodni później stanął w obronie Łyżwińskiego. Zrozumiałem, że on też jest w to umoczony i nie tylko Jarosław Kaczyński mu tego nie wybaczy, ale ludzie mu tego też nie wybaczą. Że już jest po nim.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikBaltycki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.