Za kilka dni kręcone będą plenerowe zdjęcia do "Czarnego czwartku" - o masakrze grudniowej 1970 r.
Z Michałem Kowalskim, który gra główną rolę w filmie "Czarny czwartek", rozmawia Ryszarda Wojciechowska
Pierwszy klaps?
Pewnie był wtedy, kiedy się urodziłem (śmieje się).
Ale ja pytam, jak będzie wyglądał Pana pierwszy klaps w "Czarnym czwartku"?
Nie wiem.
To już za kilka dni.
Piękna jest pewność. Ale niepewność jeszcze piękniejsza. Nie wiem, co się wydarzy. Może być tak, że nie nagram tego filmu, bo mnie samochód przejedzie.
No nie, cofam to pytanie.
Wie pani, niedawno przejeżdżałem rowerem przez przejście dla pieszych i w tym samym czasie jakiś mężczyzna wjechał autem na czerwonym. I tylko dlatego, że coś mi kazało się obejrzeć, nie przejechał mnie.
Ale cieszy się Pan, że zagra w tym filmie?
Samo spotkanie z Antonim Krauzem i Jackiem Petryckim jest zaszczytem i wielką przyjemnością. Ja się na ich filmach wychowywałem. Dla mnie są mistrzami kina. To zaszczyt dotykać też takiej historii. To nie jakieś badziewie o chłopcach, którzy bujają się w otwartym samochodzie i opowiadają lepszej lub gorszej jakości dowcipy. To film o tragedii naszego narodu w wymiarze gdyńskim.
Za kilka dni zdjęcia, a Pan jest tak zapracowany, że trudno się nawet umówić na wywiad.
Mam próby i przedstawienia w teatrze, przygotowuję się do tej roli i jeszcze jest życie prywatne. Wstaję rano, kładę się po północy i znowu wstaję rano.
Ale za kilka dni trzeba się będzie zmierzyć z zupełnie inną materią.
I też będę wstawał o 5.30, a kładł się po północy. Albo jeszcze później. Ja to wiem. Kamera w ruch, aktor na plan...
I jazda?
Jazda, światło na "laleczkę" i aktor do roboty. Tak będzie.
Jak się czeka dziesięć lat na główną rolę w filmie, to dużo czy mało?
Ja nie czekałem. Pracowałem w teatrze, czasami w jakimś filmie albo w serialu.
Ale w filmach Pan do tej pory raczej przemykał przez ekran.
I bardzo dobrze. Lepiej sobie dobrze przemknąć przez ekran, niż przemknąć źle. Czasami młodszym kolegom mówię - nie napinaj się tak na tę dużą rolę. Lepiej zagraj małą, ale dobrze.
Na casting do "Czarnego czwartku" sam się Pan zgłosił?
Nie. Bartek Paduch, który jest asystentem reżysera, zaproponował spotkanie. Nie testowano mnie jak sztubaka - czy potrafię naturalnie powiedzieć dzień dobry.
Można by zapytać "co ty wiesz o Grudniu", skoro urodził się Pan w 1974 roku.
Co ty wiesz o Grudniu, co ty wiesz o Marcu 68? Tak, można mnie w ten sposób pytać.
Ale pewnie dzięki temu ma Pan dystans do filmu.
Myślę, że jest mi łatwiej, ponieważ nie jestem naznaczony skojarzeniami. Ale za to jestem skażony czym innym. Tym, co nas wszystkich dopada. I co jest konsekwencją 50 lat PRL, tego gó...nego, kloacznego, z brakiem zaufania, podejrzliwością, rozbiciem więzi międzyludzkich i tak dalej.
Jest coś trudnego w tej roli dla Pana?
Na pewno.
Nie ułatwia mi Pan rozmowy.
Proszę mi wierzyć, że mnie też nie jest lekko (śmieje się). Ja nie robię pani jakoś specjalnie wbrew.
Pan jest przede wszystkim aktorem teatralnym. A teraz większość aktorów marzy, żeby grać w filmach i serialach. Bo tam jest mleko z miodem.
Mamy jedno życie i trzeba się zdecydować na to, co warto robić. I wiedzieć, czego się nie opłaca robić. Może jestem za stary, żeby się tym wszystkim podniecać. Mam 36 lat. Mówię to w tym sensie, że się nie załapałem na to pokolenie popcornu. Rozmawiam z kolegami. I próbuję sam się w tym wszystkim odnaleźć. Nie wiem, gdzie leży problem. Wiem tylko, że ktoś nam ukradł bogów prawdziwych. Zamienił nam nieboskłon. Zabrał gwiazdy, a rozrzucił confetti.
I nie interesuje Pana cały ten celebrycki blichtr?
Mnie te błyskotki nie interesują. Ani to, żeby być w pierwszym szeregu.
I nie interesują Pana kolorowe okładki?
O tak. I sobie nimi wykleję ściany (śmieje się).
Czego Pan się spodziewa po tym filmie?
Niczego. Może tylko tego, żeby w nim dobrze zagrać.
[i
]Rusza największy plan filmowy
15 lutego rozpoczną się plenerowe zdjęcia do "Czarnego czwartku" - pierwszego filmu fabularnego o gdyńskiej masakrze grudniowej z 1970 roku.
Autorami scenariusza są Mirosław Piepka i Michał Pruski - dziennikarze, którzy jako kilkunastoletni chłopcy byli świadkami tamtych dramatycznych wydarzeń. I wiernie odtwarzają tamtą historię w oparciu o losy gdyńskiego stoczniowca Brunona Drywy, który 17 grudnia zginął od strzału w plecy.
Film reżyseruje Antoni Krauze. Autorem zdjęć będzie wybitny operator Jacek Petrycki. Muzykę do filmu skomponuje Michał Lorenc.
Główne role zagrają Marta Bucka-Honzatko z Krakowa oraz aktorzy z Trójmiasta: Marta Kalmus-Jankowska i Michał Kowalski. W rolach epizodycznych wystąpią Wojciech Pszoniak jako Władysław Gomułka, Piotr Fronczewski jako Zenon Kliszko, Krystyna Janda jako anonimowa kobieta i Witold Dębicki jako Mieczysław Moczar.
W filmie weźmie też udział około pięciuset statystów, którzy zostali wyłonieni podczas castingu.
Premiera "Czarnego czwartku" planowana jest na jesień 2010 roku[/i].