Jacek Fedorowicz opowiada o swoim powrocie na estradę, autocenzurze w żartach i preferencjach politycznych
Stęskniliśmy się już za Pańskimi występami w Pańskim rodzinnym, było nie było, Trójmieście. Co skłoniło Pana do powrotu na estradę po tak długiej przerwie?
Uprzejma propozycja Zenona Laskowika. Którą zresztą przyjąłem z przyjemnością. Stan ten trwa nadal, a nawet - powiedziałbym - pogłębia się. Robi się coraz przyjemniej. Laskowik jest geniuszem kabaretowym, mówię to bez cienia ironii. Natura dała mu to "coś", co nie wiadomo na czym polega, nie można się tego nauczyć, albo się ma, albo nie.
I on ma. Od czasu partnerowania w kabarecie i na estradzie Bogumiłowi Kobieli nie zdarzyło mi się współpracować z kimś, kto jest w taki właśnie sposób utalentowany. To duża frajda. Cieszę się, że akurat mogłem dołączyć do jego "Kabareciarni", bo przestałem robić potwornie pracochłonny program telewizyjny. Byłem niewolnikiem tego programu przez 12 lat. Wysysał ze mnie wszystko. Gdyby mnie pan w tej chwili mógł zobaczyć [rozmawiamy przez telefon - red.], zobaczyłby pan, jak marnie wyglądam.
Pierwsze doświadczenia estradowe zbierał Pan prawie pół wieku temu. Zjeździł Pan wielokrotnie Polskę wzdłuż i wszerz jako estradowiec. W tym czasie w kraju nastąpiły oczywiście ogromne zmiany. A co się nie zmieniło?
Jest pan bardzo grzeczny, ale nie prawie pół wieku, lecz zdecydowanie ponad pół. Pierwszy występ estradowy miałem w 1957 lub '58 w Domu Kultury w Pruszczu Gdańskim, zaangażowany przez Tadeusza Chyłę na konferansjera. A jeśli wziąć pod uwagę, że premiera gdańskiego teatru Bim-Bom odbyła się na przełomie lat 1954-1955 - staż pracy się wydłuża już nieprzyzwoicie. Zmieniło się w tym czasie tyle i - jak pan słusznie zauważył - tak bardzo, że trudno jest znaleźć coś, co się nie zmieniło. Może tylko to, że publiczność na ogół siedzi przodem do sceny. Choć i to nie zawsze.
Mam wrażenie, że z zachowanego i dostępnego archiwum "60 minut na godzinę" Pańskich audycji jest stosunkowo najmniej. Dlaczego?
To chyba mylne wrażenie. Nie przypuszczam, żeby ktoś specjalnie czyścił archiwa, polując na to, co moje. Aż takim megalomanem nie jestem. Natomiast na pewno telewizja kasowała moje występy "prosolidarnościowe" z roku 1981. W radiu moje kawałki po prostu są rzadziej powtarzane.
Czy Pańskim zdaniem ich przypominanie w oderwaniu od tamtego kontekstu politycznego ma jeszcze sens?
Nie ma żadnego sensu i dlatego ja się nie martwię, że mi ich nie powtarzają. Przeciwnie: martwiłbym się, gdyby powtarzali.
W PRL polityczne podteksty żartów były oczywiste i śmieszne właściwie dla wszystkich. Według anegdoty nawet Józef Cyrankiewicz [premier rządu PRL w latach 1954-70 - red.] zaśmiewał się na premierach kabaretu Dudek. Czy dziś, kiedy jesteśmy społeczeństwem spolaryzowanym politycznie - paradoksalnie - żart polityczny nie jest bardziej ryzykowny? Nie dlatego, że autora wsadzą, ale może akurat trafić na publiczność, której to nie bierze, bo popiera wyśmiewanego polityka? Miał Pan takie przypadki?
Cyrankiewicz rzeczywiście się zaśmiewał, a po wyjściu z jednego ze spektakli pomagał Dudkowi Dziewońskiemu wypchać samochód z zaspy. Na Nowym Świecie wolno było wtedy parkować, samochodów było co kot napłakał, w tym także odśnieżarek. Cyrankiewicz budował wtedy taki swój image, komunisty z ludzką twarzą. Dziś ogólnie wiadomo, że mam poglądy zdecydowanie protuskowe, jeszcze bardziej zdecydowanie antykaczyńskie, ale nie mam problemów z tym, że nie trafię na właściwą publiczność, bo publiczność proPISowa nie przyjdzie na mnie za żadne skarby. Mam na myśli moje występy indywidualne. W kabarecie Laskowika ten problem nie istnieje.
Stosuje Pan autocenzurę?
Nagminnie.
Zdarzyło się Panu zrezygnować z przedstawienia jakiegoś własnego żartu, uznając, że posunął się Pan za daleko? Czego on dotyczył? (chodzi oczywiście o ostatnie 20-lecie).
Moja autocenzura jest prewencyjna, a także mechaniczna. Po prostu nie piszę tekstów, które posuwałyby się za daleko, bo one mi się nie podobają. Więc nie ma po co pisać. Inna sprawa, że czasem się martwię, że z reguły posuwam się za blisko, bo w ten sposób odstaję od przeciętnej krajowej.
Miał Pan propozycje występu w reklamie?
Miewałem propozycje, ale sporadyczne i niskopłatne. Godziłem się, kiedy produkt reklamowany uważałem za dobry. Nagrałem na przykład radiową reklamę tygodnika "Wprost" w czasach, gdy był jeszcze przyzwoitym tygodnikiem. Uprzedzam pana pytanie: przestał nim być, gdy oskarżył Zbigniewa Herberta o współpracę z SB. Wycofałem się wtedy z kapituły Nagrody Kisiela organizowanej przez "Wprost" (jestem jednym z pierwszych laureatów w konkurencji "publicystyka") i skreśliłem ten tygodnik ze spisu moich lektur. Ale może już dosyć, bo przeszliśmy do tematów ponurych, a przecież przed nami wieczór kabaretowy. Do - mam nadzieję - zobaczenia!