Zatrudniono ją jako osobistą kucharkę Józefa Czapskiego - znanego malarza, współtwórcy paryskiej "Kultury". Gotowała mu i opiekowała się nim do ostatnich dni. O 13 latach spędzonych w słynnym Maisons-Laffitte opowiada Gabrieli Pewińskiej 91-letnia sopocianka, Janina Gąskiewicz
W liście do Zbigniewa i Katarzyny Herbertów Józef Czapski pisze tak: "Moje kochane małżeństwo, co z Wami? Czekałem Was wczoraj za darmo, a dzisiaj Janina proponuje Wam flaki na wieczór. Dajcie choć znać, czy jesteście tu, czy może w Paryżu z wizytą u Chiraca". Janina... To o Pani. Herbert lubił flaki? (śmiech). Pamiętam, jak przyszedł kiedyś w odwiedziny do pana Józefka. Poszłam z nim na targ kupić mu płaszcz.
Płaszcz? Herbert z żoną przyjechali do siedziby "Kultury" którejś zimy. Pan Herbert - w prochowcu, myślał, że tu ciepło... Więc zabrałam go na targ, żeby mu kupić porządne palto. U jednego arabskiego handlarza znaleźliśmy bardzo ładną dyplomatkę za 200 franków. Już chciał płacić, ale ja mu mówię, że z Arabami trzeba się targować. I wytargowałam mu ten płaszcz za połowę ceny. Ucieszył się, zaprosił mnie na kawę. Kiedyś, jak już zamieszkał w Paryżu, zadzwonił do mnie, dość długo trzymał mnie przy telefonie. Pod koniec tej rozmowy odważyłam się go zapytać: Może to trochę bezczelne z mojej strony, ale proszę darować, niech mi pan napisze jakiś wierszyk. Zdziwił się i odpalił: Rzeczywiście, co za bezczelna baba! Po paru dniach przychodzi list. W środku wiersz.
Jak została Pani kucharką Józefa Czapskiego? Dzięki pani Teresie Dzieduszyckiej, tłumaczce, szwagierce pana Herberta. Poleciła mnie jej zakonnica z polskiej misji katolickiej w Paryżu, gdzie mieszkałam od pewnego czasu, u syna, który wyjechał z Polski w latach 60. Spotkałyśmy się z panią Teresą 6 grudnia 1979 w paryskim parku. Porozmawiałyśmy, zaprosiła mnie na niedzielny obiad, a potem pojechałyśmy pociągiem do Maisons-Laffitte. Po drodze opowiedziałam jej swój życiorys, do dziś nie wiem, czym wzbudziłam takie zaufanie.
Pierwsza wizyta... Pan Czapski mieszkał wraz z siostrą w bardzo skromnych warunkach, w odosobnionej części domu, na górze. Zajmowali dwa malutkie pokoiki. Już na początku pani Hertzowa - prawa ręka Jerzego Giedroycia - zastrzegła, że mogę tam wchodzić tylko jednymi, wąskimi schodami. Starsza siostra pana Czapskiego - Marynia miała sklerozę, bardzo słaby wzrok. Oboje dobiegali dziewięćdziesiątki. Wymagali czułej opieki. Umówiliśmy się, że zacznę pracę od pierwszego stycznia. Ale w drugi dzień świąt pan Czapski zadzwonił do mnie, czy nie mogłabym przyjść wcześniej, bo osoba, którą miałam zastąpić, zdecydowała się odejść przed końcem roku. Zgodziłam się. Przywiózł mnie syn. Rozmowa z panem Czapskim toczyła się interesująco. Zaproponowano nam herbatę. Ale ja herbaty nie piłam. Te filiżanki...
Co z nimi było nie tak? Następnego dnia stawiłam się w tej malutkiej kuchni z całym, niezbędnym ekwipunkiem. Przywiozłam wszystko: łyżeczki i szklanki, pościel, ręczniki, ściereczki. Stała tam dwupalnikowa kuchenka. Na niej garnek, a w garnku kluski i peklowana wieprzowina, aż fioletowa od tego gotowania. Tak ciężkie, niezdrowe jedzenie dla starszych osób! Zamknęłam się na klucz i zabrałam do sprzątania.
Na początek - szuflada ze sztućcami. Wymyłam je, włożyłam do garnka i długo gotowałam z dodatkiem soli i octu. Wyczyściłam szufladę, stół, potem talerze, nie było tego wiele. Poobijane wyrzuciłam. Rano zaprosiłam starszych państwa na pierwsze śniadanie. Pan Józefek pił czarną kawę w dużym kubku. Do kawy tylko chleb z masłem. A właściwie masło z chlebem... Tak lubił. Masło musiało być bardzo świeże. Na drugie śniadanie piekłam ciasto. Najbardziej lubił drożdżowe. I keks.
Na obiad podała Pani tę fioletową wieprzowinę? Z miejsca ją wyrzuciłam! Zrobiłam siekane kotleciki, marcheweczkę, sałaty pan Józefek nie lubił, do tego kartofelki purée, pomidorek pokrojony w kostkę i cytrynową zupę. Byli zachwyceni. Zawsze jedli w kuchni. Pamiętam, jak pani Marynia ledwo wstała od stołu, spytała: A obiad to kiedy będzie? Miałam dużo cierpliwości. Ze trzy miesiące czytałam jej "Lalkę" Prusa. Lubiła słuchać. Latem pojechałam do Polski, narobiłam konfitur i wiśniówki. Wszystko to przywiozłam do Maisons-Laffitte i zostawiłam w spiżarce, w małym, mansardowym pokoiku. Któregoś dnia wchodzę, a tu wypite i mleko, i wiśniówka... Początki były trudne. Nie jest łatwo zmienić sposób odżywiania ludzi w tym wieku...
Pan Czapski był zadowolony z tych zmian? Pozbyłam się z łazienki starych rzeczy. Zrobił mi awanturę, dlaczego wyrzuciłam jego ulubioną koszulę? Powiedział: Paniusia chyba sobie nie radzi... Popłakałam się. Ale bardzo go lubiłam i szanowałam. Wspaniały, miły człowiek. Dla niego liczyły się tylko książki i malowanie. Mógł nawet nie jeść całymi dniami. Do tego był bardzo roztargniony, wciąż w chmurach. Kiedyś pojechaliśmy odwiedzić w szpitalu panią Marynię. Siedzimy, pan Czapski założył nogę na nogę, ja patrzę, a on zapomniał jednej skarpetki! Albo - w każdą niedzielę przychodziła w odwiedziny pani Teresa. Któregoś razu patrzę, a u pana Czapskiego na szyi dwa krawaty. O! - mówię - Pan Józefek dziś podwójnie elegancki! Jeden krawat dla pani Teresy, drugi dla mnie... Do dziś mam w szafie lusterko, w którym się przeglądał, wtedy już słabo widział, mógł po prostu nie zauważyć. Ale to było urocze... Tak jak podczas otwarcia swojej wystawy w Londynie wystąpił w szarym garniturze, jednym bucie brązowym, a drugim czarnym...
Mówi się, że z jego wzrokiem było pod koniec życia bardzo źle... Nie na tyle, żeby przestał malować, a malował do końca. Gdy lałam mu wino do ciemnej szklanki, zawsze pokazywał, ile... Zauważył nawet, gdy zmieniałam fartuch na inny. Że widział gorzej, to normalne w tym wieku. Dużymi literami podpisywałam tubki z farbami, żeby łatwiej było mu znaleźć.
Pierwsze spotkanie z Jerzym Giedroyciem? Wybraliśmy się z panem Józefkiem na targ. Chciał mi pokazać, gdzie najlepiej robić zakupy. Na podwórku przed domem stała beczka, w której paliło się niepotrzebne papiery. Stał tam pan Redaktor. Pan Czapski przedstawił mnie. - No nie wiem - rzekł pan Giedroyc - czy pani gratulować, czy współczuć. Gdy po 15 latach wyjeżdżałam z Maisons-Laffitte i zrobiłam wielkie, pożegnalne przyjęcie, spytałam: Redaktorze, czy pan mi gratuluje tego pobytu, czy współczuje?
Gratulował! Ode mnie pierwszej dowiedział się, że w Polsce wprowadzono stan wojenny.
Jak to? Wstawałam wcześnie i włączałam radio. Kiedy usłyszałam, co się stało, niecierpliwie wyglądałam przez okno, czy w pokoju Redaktora już jasno. Nie mogłam się doczekać, kiedy mu o tym powiem. A gdy zobaczyłam, że idzie do tej swojej beczki z papierami, natychmiast zeszłam do niego. A jednak - westchnął, gdy przekazałam nowinę. Pamiętam, jak robił ze mną bigos. Ciągle pouczał: Trzeba dolać trochę wina!
Lubił dobrze zjeść, uwielbiał moje gołąbki. Gotowałam dla niego i pani Hertzowej jeszcze dwa lata po śmierci pana Czapskiego.
A pani Hertzowa, ta która trzymała całą "Kulturę" żelazną ręką, ugotowała kiedyś krupnik...
Nie wierzę... Na któreś z przyjęć. Zawołała mnie, żeby spróbować, ale niestety... nie nadawał się do jedzenia. Żeby gotować, trzeba wiedzieć jak. Powinno się przede wszystkim umieć przechowywać jedzenie, żeby się nie zepsuło. A na to nie ma przepisu, tu musi główka pracować. Całe szczęście, że moja główka jeszcze pracuje. Gotowałam ludziom do 80 roku życia. I nikogo nie otrułam!
U Józefa Czapskiego było zawsze mnóstwo gości. Lubiłam te odwiedziny. Piekłam ciasta, prosiłam na obiad. Pan Czapski był wtedy w doskonałym nastroju. Pamiętam, jak pewna delegacja z Polski przywiozła mu kopię jego książki "Na nieludzkiej ziemi", oprawioną w zgrzebne deski. Tak był wzruszony, że nie mógł mówić, tylko płakał. A gdy już emocje wzięły górę, to nie mógł jeść. Więc szantażowałam go: Jak pan nie będzie jadł, to więcej gości nie zaproszę! Z rodziny, która go odwiedzała, najbardziej była mu bliska Elżbieta Łubieńska, siostrzenica. O tym, że wybieram się na urlop, mówiłam mu dopiero, gdy przyjeżdżała, uradowany jej wizytą, mniej martwił się moim wyjazdem. Bywała też u nas bratowa pana Czapskiego. Jak on, malowała. Zawsze się dziwiła: Józef, ty tak brzydko malujesz! Te twoje obrazy takie okropne, a udaje ci się je sprzedać. Moich obrazów nikt nie chce!
Co odpowiedział? "Bo ty nie malujesz, tylko pędzelkiem fotografujesz".
To chyba ona wieszczyła, że przez tę pospolitość doboru rekwizytów będą mówić o nim "malarz ścierek". Ponoć był tym określeniem zachwycony! Te słynne anemony w niebieskim wazonie z jego obrazu, czy to Pani przyniosła mu do pokoju? To wcale nie były anemony. Wiem, bo sama kupiłam na targu ten bukiet. Wstawiłam go do wazonu i zaniosłam do pokoju pana Józefka. Po godzinie przychodzi z tym wazonem w dłoniach i zdenerwowany stawia go głośno na kuchenny stół: - Nie potrzebuję, żeby mi ktoś dyktował, co mam malować.
Zabrakło mi tchu, tak się przestraszyłam: - Panie Józefku, nie myślałam o tym, że ma pan to namalować. Po prostu chciałam panu dać kwiaty. Wyszedł, a ja zaniosłam bukiet do pokoju pani Maryni, który po jej śmierci długo stał pusty. Przez kilka godzin zwykle otwarte na oścież drzwi do pokoju pana Czapskiego, długo były zamknięte na klucz. Zapukałam: proszę pana na obiad. Cisza. Po chwili słyszę: Zaraz będę. Przychodzi. Przynosi obraz. Na obrazie mój bukiet. Mówi: Paniusia jedzie do córki do Ameryki, a tam na malarstwie się nie znają, to może komuś pani to sprzeda.
Podobały się Pani jego obrazy? Jeden chciał zamalować, to uprosiłam, by tego nie robił, taki był ciekawy. To obraz przedstawiający mężczyznę w pociągu.
A któregoś dnia wchodzę do pokoju pana Józefka, a tu na jego łóżku nowy pejzaż. "Jezioro Genewskie". Spojrzał na mnie i mówi: Widzę, że paniusi nie podoba się? A ja na to: Jak mam być szczera, to już wolę martwe natury... Wtedy zaprowadził mnie do schowka, gdzie trzymał swoje obrazy, i zaproponował, bym sobie któryś wybrała. A potem przytargał się do kuchni z tym "Jeziorem Genewskim" i rzekł: To jedyny mój obraz naprawdę ładny.
A dlaczego lubiła Pani te martwe natury? Bo one, mimo że martwe, były pełne emocji i życia. Kiedyś przykryłam stół tkaniną i ustawiłam nań: białą, porcelanową karafkę i dwie białe miseczki. I on to namalował i mnie, swojej kucharce, zadedykował. Na dole jest napis: JANINIE...
Zawsze jadał w domu? Kiedyś zaprosił go do restauracji zaprzyjaźniony markiz. Pan Józefek miał tego dnia na sobie taką chińską kurteczkę, pod szyję zapinaną, którą ubierał, gdy malował. Wkłada na nią płaszcz, a markiz zadziwiony: Josepf! Tak chcesz jechać W TYM CZYMŚ do restauracji? A pan Czapski: Nie podoba ci się, mogę nie jechać. Ja mam co w domu jeść. Po powrocie spytałam go, co mu dobrego podano. "Coś takiego jak mięso. Z czymś zielonym. Ale wino było wyborne! A ja się na winach znam! Wypiliśmy pół butelki, a markiz resztę zabrał do domu"... O! proszę spojrzeć, na tym zdjęciu pan Józefek ma sopocki szlafrok!
Kupiła mu Pani szlafrok w Sopocie? W ogóle nie dbał o takie rzeczy. Był szalenie skromny. Przed wyjazdem do Polski wymierzyłam dokładnie jego marynarkę. W Sopocie kupiłam wełniany materiał w kratkę i dałam krawcowej, żeby uszyła mu szlafrok. Strasznie był ucieszony, ale i zatroskany: A czym ja paniusi zapłacę? W ogóle nie znał się na pieniądzach.
Ale uwielbiał słodycze... Miałam w kuchni blaszane pudełko na czekoladki i ciasteczka. Jak wychodził na spacer, brał te ciastka do kieszeni płaszcza, były wciąż zatłuszczone. Tyle tego jadł, że wymyśliłam, by kupować te mniej smaczne, to się opanuje. Któregoś dnia mówi: Paniusiu! Pies nie może jeść takich strasznych ciastek.
Miał psa? Dzielił się słodyczami z każdym psem, którego spotkał na ulicy. W "Kulturze" był też przez jakiś czas pewien pies. Strasznie agresywny i nerwowy. Pogryzł nawet panią Hertzową! A i pana Giedroycia, zdarzyło się. Nikogo się nie bał. Rządził. Jadł przy stole. Dostawał deser!
Do legendy przeszedł pokój Józefa Czapskiego... Taka przytulna graciarnia. Łóżko, książki i obrazy.
Cały jego dobytek, cała miłość i życie. Stało tam siedem stolików, niektóre jeden na drugim. Służyły mu do malowania. Pan Czapski był bardzo wysoki, więc sztalugi musiał ustawiać na specjalnym podium. Pamiętam jeden z jego obrazów, który przedstawiał fragment tego miejsca: miotła, telefon na stole, szufelka... Kilka lat po jego śmierci pojechałam do Maisons-Laffitte wyprawić jego 110 urodziny. Weszłam do tego pokoju. Na podłodze leżały tylko porozrzucane książki. Nie zostało z tamtego ducha nic więcej. Serce mi pękło z żalu...
Pojechała Pani wyprawić jego 110 urodziny? Trzynaście lat po jego śmierci, w 2006 roku. Miałam 87 lat. Kupiłam w Sopocie łososia, wsiadłam w samolot i poleciałam. Wcześniej zadzwoniłam do "Kultury", by zaprosili wszystkich, którym pan Czapski był bliski. Sama przygotowałam całe przyjęcie. Sałatki, kulebiaki, barszcz, przystawki, schab, cielęcinę, ryby. Przyjechało ponad 30 osób. Była msza, poszliśmy na cmentarz. Nie mogę zrozumieć, że na grobie pana Czapskiego wciąż nie ma tablicy, że był kimś ważnym w "Kulturze".
Czuwała Pani przy nim w dniu śmierci... Słabł z dnia na dzień. Mało jadł. Jak przychodziłam do niego z tacą, zawsze pytał: Jest tam coś czerwonego? Bardzo lubił moje konfitury. Albo jogurt z konfiturami, a raczej konfitury z jogurtem. Najbardziej wiśniowe. Nie chciał nic innego. Martwiłam się, że jak się naje słodkiego, to nie tknie obiadu. Więc siadałam przy nim i karmiłam go zupą. Cierpiał: Paniusiu nie mogę... Tylko trzy łyżeczki, panie Józefku, niech pan liczy. Liczył do trzech i w końcu zjadł. Przygotowywałam mu też delikatne białe mięsko, drobno pokrojone, do tego coś zielonego, trochę fasolki, buraczków, kluseczki. I deser. Kisiel z owoców, czasem budyń, taki na żółtku, z odrobiną mąki kartoflanej i dużo wanilii. Żadnych chemikaliów! Tłumaczyłam: Panie Józefku, musiał pan malować, musiał pan pisać, a teraz musi pan jeść! Jeden pracownik "Kultury" powiedział wtedy, stojąc przy fotokopiarce: Pani by się nadawała do przedszkola dla niejadków.
We wtorek minęła 17 rocznica śmierci Józefa Czapskiego. Jak co roku zapaliłam świecę przy jego fotografii, która stoi u mnie na komodzie. Pamiętam dobrze tamten dzień. To był poniedziałek. Jeszcze w niedzielę wieczorem pani Teresa Dzieduszycka czytała mu książkę. "Na nieludzkiej ziemi". Na koniec życia chciał słuchać tylko własnych tekstów. W pokoju grała cicho muzyka Chopina i Beethovena, jego ulubiona. Paliły się świece. Zmarł o 11.35. Na tej godzinie zatrzymałam stojący przy jego łóżku zegarek.
To jakby zatrzymała Pani czas. Przeżyłam tę śmierć bardzo. Na cmentarzu, gdy otworzyli grób pani Maryni, okazało się, że trumna pana Czapskiego zwyczajnie się tam nie mieści! Że za długa? Że miał ponad dwa metry wzrostu? A ja myślę, że on bardzo nie chciał umierać. Kochał życie! Nigdy nie narzekał na swój los, choć przecież ten go nie rozpieszczał. Po jego śmierci pani Hertzowa pozwoliła mi wchodzić na górę już tymi oficjalnymi schodami, ale ja nie chciałam. Przyzwyczaiłam się do schodów pana Czapskiego.
* List Józefa Czapskiego do Zbigniewa Herberta z: "Zeszyty Literackie", 2009, nr 1
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikBaltycki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.