Nareszcie jakaś przyzwoita afera! Przyzwoita w tym sensie, że spełnia wszelkie definicje i wyobrażenia o tym, jak afery na wysokim szczeblu wyglądać powinny. Żadne tam szemrane nocne spotkania na cmentarzu, ani wyżelowani agenci mizdrzący się do podstarzałych posłanek, trzeciorzędnego znaczenia. Ani nawet krawat znikający z szyi ministra po wizycie u biznesmena na 40 piętrze Marriotta (mam nadzieję, że przynajmniej pani Kaczmarkowej udało się wyśledzić co się z nim stało). Mamy za to senatora, autorytet moralny, a wręcz - jakby to dwuznacznie nie zabrzmiało - współtwórcę "Dekalogu", który przebrany w damskie ciuszki wciąga linijkę czegoś (nie przesądzajmy czego, bo bohater chwilowo idzie w zaparte) w towarzystwie dwóch pań, z których z przynajmniej jedną "nie wykluczał, że dojdzie do zbliżenia intymnego".
Nic dziwnego, że pan senator "rozdrobnił sobie lekarstwo". W dalszym ciągu nie przesądzam co to było, zwracam tylko uwagę, że proszek na filmie był biały, a viagra jest niebieska. Filmik, jaki zmyślne panie nakręciły z tej imprezki nie trzymał może poziomu "Trzech kolorów", a dialogi były poniżej jakiegokolwiek poziomu, ale był tam przynajmniej kawałek rzeczywistości, a nie jakieś akademickie rozważania. Życie napisało Piesiewiczowi lepszy scenariusz niż on pisał dla Kieślowskiego. Nic dziwnego, że lekką ręką wypłacił autorkom tego dokumentu pół miliona złotych, za prawa do wyłączności. I potem przekonywał policję, że to nie efekt szantażu, ale normalna transakcja handlowa.
Trochę się wyzłośliwiam nad bliźnim, którego spotkało nieszczęście, ale robię to tylko dlatego, że i mnie spotkało nieszczęście - oglądania kilku filmów według jego scenariuszy. Dziwnym zbiegiem okoliczności w ostatnim akapicie mojego pierwszego wpisu w tym blogu, znalazła się wzmianka na ten temat. Teraz skorzystałem więc tylko z okazji do rewanżu. Małostkowe? A któż z nas wolny jest od słabostek? Skoro nawet współautor "Dekalogu" ma poważne kłopoty z szóstym przykazaniem.
Ten brak wyobraźni, czy raczej poczucia realizmu, widoczny w scenariuszach Piesiewicza, nie przeszkadzał wielu krytykom wznosić ich nad niebiosa. W zderzeniu z polityką doprowadził jednak do samodyskwalifikacji zawodnika. Choć trzeba przyznać, że zrobił to w hollywoodzkim stylu. Elegancka willa, gustowne wnętrza, dwie nienadmiernie cnotliwe panienki, wciąganie białego proszku. I to wszystko w wieku 64 lat! To inna klasa niż jakiś pijacki rajd meleksem po cypryjskim kurorcie. Doceniam, nawet jeśli nie potrafię zrozumieć o co chodzi z tą sukienką...