Z Katarzyną Fidos i Jarosławem Chabajem, przedstawicielami Krytyki Politycznej w Trójmieście, rozmawia Marcin Mindykowski
Działacie od lutego 2008 roku, od tygodnia dysponujecie w mieście własną siedzibą - Świetlicą. Jak czujecie się w Gdańsku - z jednej strony, jak sami mówicie, "przestrzeni ścierania się poglądów i postaw", ale z drugiej - bastionie konserwatywno-liberalnym? Katarzyna Fidos: Już odzew na pierwsze organizowane przez nas akcje pokazał, że możemy liczyć na zainteresowanie naszymi inicjatywami ze strony mieszkańców Gdańska. Widzimy potrzebę funkcjonowania tu takiego miejsca jak Świetlica i potrzebę rozmów na tematy, jakie proponujemy.
Jarosław Chabaj: Poza tym nie uważamy, że Gdańsk to z gruntu konserwatywne miasto.
Faktycznie, jest tak kojarzony, ale raczej przez establishment, przez ludzi władzy. My kierujemy swoją ofertę przede wszystkim do młodych osób, choć jesteśmy oczywiście otwarci na wszystkich.
W Waszym programie można znaleźć neutralne hasła: "rozbudzanie krytycznego myślenia", "animacja życia kulturalnego i intelektualnego", "edukowanie i aktywizowanie społeczeństwa". Nie afiszując się ze swoją lewicowością, próbujecie stworzyć wrażenie, że Wasza oferta jest dla wszystkich? K.F.: Nam się właśnie wydaje, że ona jest dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych. Uważamy, że proponujemy sprawiedliwy pogląd na świat - i na takim świecie nam zależy. Myślę, że wszyscy, którzy zdecydują się wziąć udział w tym, co proponujemy, mogą zostać przez nas do tej wizji przekonani lub znaleźć w swoim myśleniu punkty do niej zbieżne.
J.Ch.: Albo przynajmniej odnieść się do naszej propozycji. Nie ukrywamy swojej lewicowości, mówimy o niej otwarcie. Nie uważamy też, że postawy Polaków i ich światopogląd są tak bardzo prawicowe, jak wskazywałyby na to wybory. To, że ludzie skupili się między PiS i PO, wynika z braku alternatywy. Język lewicy jest niezagospodarowany. Chcemy to zmienić.
Trudno jednak obronić tezę, że Polacy mają poglądy lewicowe. Liczba przeciwników legalizacji aborcji i związków homoseksualnych czy liczba zwolenników kary śmierci waha się od 45 do 65 proc. Ich oponenci stanowią zaś w porywach 30 proc. Do tego można dodać balansujące w granicach 10 proc. poparcie dla jedynej liczącej się partii lewicowej i 90-procentowe deklaracje katolicyzmu. J.Ch.: No właśnie, ale jest jednak te 30 proc. ludzi, którzy myślą w sposób nowocześnie lewicowy, liberalny obyczajowo. A skoro poparcie dla SLD waha się w granicach 10 proc., to oferta tej partii nie jest dla nich. Duża część z tych 30 proc. głosuje więc na formacje prawicowe.
K.F.: To jest też tak, że gdybyśmy funkcjonowali w świecie ludzi przekonanych, to moglibyśmy zająć się inną działalnością. Prowadzenie dyskursu jest w ogóle możliwe tylko wtedy, kiedy istnieją przeciwnicy naszego zdania. Jesteśmy potrzebni, bo nie wszyscy myślą tak jak my.
Swoją "świetlicową" działalność zaczęliście debatą o aborcji. Sposób jej przeprowadzenia wzbudził kontrowersje: temat wprowadził jawnie prolegalizacyjny film dokumentalny, a z czterech zaproszonych dyskutantek aż trzy należały do zwolenniczek liberalizacji polskiej ustawy aborcyjnej. Szybko emocje wzięły więc górę i dyskusja sprowadziła się do okopywania się na własnych stanowiskach, bez nadziei na konstruktywne wnioski. K.F.: Nie można powiedzieć, że nie padły konstruktywne wnioski. Było nim choćby kończące debatę stwierdzenie, że istnieje potrzeba ruchu społecznego, który zmieni obecną sytuację. To prawda, że w takiej debacie trudno uniknąć emocji. Nie wiem, kogo musielibyśmy zaprosić, żeby te emocje się nie pojawiły...
Ale nie ukrywacie, że Wasze debaty mają z góry założony cel, tezę już w punkcie wyjścia? K.F.: Potwierdzam, mają cel. Proponujemy określoną opcję tematyczną i jesteśmy stronniczy w tych tematach. Mamy swoje stanowisko, określone poglądy i nie ukrywamy ich. Nie zależało nam na tym, żeby w przypadku debaty o aborcji znaleźć inne rozwiązanie niż to, które proponowaliśmy na początku. Ale chcieliśmy też usłyszeć, jakie założenia tkwią u źródeł poglądu przeciwnego i jak możemy z nimi dyskutować.
J.Ch.: Podczas tej debaty ścierały się różne przekonania. I właśnie o taką otwartość chodzi. To ma być przestrzeń, gdzie poglądy będą się krystalizować.
Pytanie o tę debatę i Waszą kolejną inicjatywę - zaproszenie kontrowersyjnego lewicowego filozofa Slavoja Žižka - to też pytanie o efektowność Waszych działań. To, że wystrzeliliście od razu z tak grubego działa, było przypadkowe? J.Ch.: To nie była zagrywka PR. Rozpoczęcie naszej działalności zbiegło się po prostu w czasie z premierą filmu "Podziemne państwo kobiet", który stał się kanwą debaty o aborcji.
K.F.: Zajmujemy się tematami, które są nam bliskie i aktualne z punktu widzenia wydawniczej działalności Krytyki. Z pewnością pojawią się też debaty na tematy polityczne i ekonomiczne, bo chcemy komentować aktualne wydarzenia w Trójmieście.
Planujecie poruszać tematy gospodarcze? Złośliwi przypięli Wam łatkę ludzi lewicy, których bardziej obchodzi zamknięcie kawiarni Le Madame niż upadające stocznie... J.Ch.: Nie zamykamy się w tak salonowych i hermetycznych postulatach jak obrona Le Madame. Z drugiej jednak strony definiowanie lewicy wyłącznie w kategoriach obrony robotników i ich praw pracowniczych to myślenie XIX-wieczne. Dziś przed lewicą stoją inne wyzwania...
Ale trudno też wyobrazić sobie lewicę organizującą tylko kolejne Parady Równości, zwłaszcza w dobie gorszej prosperity gospodarczej. J.Ch.: Oczywiście, zgadzam się z tym, że powinniśmy mieć pełny katalog programowych postulatów ze wszystkich dziedzin. Ekonomia jest tutaj bardzo ważna - a my na pewno się jej nie boimy. Faktycznie jesteśmy jedyną organizacją po lewej stronie, która chce wprowadzać lewicowych ekonomistów do dyskursu publicznego. Ministrowie finansów i gospodarki za rządów lewicy byli neoliberałami.
K.F.: A przykład Skandynawii pokazuje, że proponowany przez nas model państwa socjalnego jest możliwy.
Głównym celem Krytyki jest zmiana polskiego dyskursu, czyli wprowadzenie do niego trzeciego - obok konserwatywnego i liberalnego - lewicowego języka. J.Ch.: To tak naprawdę nic odkrywczego. Chcemy przywrócić normalność - tak jest w Europie Zachodniej, w Skandynawii. Chodzi nam o to, żeby istniał trzeci język i żeby wszystkie trzy były uprawnione.
K.F.: I właśnie my zajmujemy się tworzeniem przestrzeni dyskursu. Nie jesteśmy frakcją polityczną dążącą do zajęcia jakiegoś określonego miejsca w parlamencie czy radzie miasta.
Ale jak bumerang powraca pytanie o to, kiedy Krytyka przestanie być tylko intelektualnym inkubatorem pięknomyślicieli. Kiedy zaczniecie myśleć o realnym wpływie na ośrodki decyzyjne, założeniu partii? J.Ch.: Myślę, że to wciąż odległa perspektywa. Trzeci język jeszcze się na tyle nie zadomowił. To taka praca u podstaw - zwłaszcza tutaj, w Gdańsku - a my nie chcemy popełnić błędu np. Unii Pracy, która próbowała zbudować lewicę inną niż komunistyczna, ale robiła to w pośpiechu i zabrakło jej zaplecza intelektualnego.
K.F.: To jest bardziej kwestia areny politycznej, na którą Krytyka ewentualnie mogłaby wkroczyć. Naszym zadaniem jest więc najpierw ją przekształcić. Tak naprawdę chodzi o to, żeby zmieniać świadomość i żeby pobudzać ludzi do tego, żeby wzięli sprawy w swoje ręce - a nie o to, żebyśmy my coś za nich załatwiali.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikBaltycki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.