Właściwie to od dłuższego czasu jakby był martwy. Nie nagrywał, nie koncertował, ukrywał się przed światem. Sądząc ze zdjęć pozostawał w fatalnej kondycji fizycznej. Zapowiedziana na to lato seria pożegnalnych koncertów była w sferze artystycznej wielką niewiadomą, choć komercyjnie zapowiadała się na ogromny sukces. Pieniądze za sprzedanych 750.000 biletów trzeba będzie zwrócić, ale dla legendy Michaela Jacksona - kto wie - może będzie lepiej, że do tych koncertów nie dojdzie.
Jakby już był martwy. Czy to nie ironia losu, że on, który miał obsesję na punkcie własnego zdrowia, urody, wiecznej młodości, nosił maseczki antybakteryjne i sypiał w namiocie tlenowym, odszedł w wieku zaledwie 50 lat po długotrwałym kryzysie twórczym?
A inni, eksperymentujący od dekad na swoich organizmach z substancjami zgoła nieleczniczymi, jak Keith Richards, Lou Reed, Ozzy Osbourne, Iggy Pop, Nick Cave czy kolesie z Metalliki mają się niezgorzej i nagrywają w miarę regularnie całkiem przyzwoite płyty.
Ciekawe ile osób nigdy nie uwierzy w tę śmierć, jak w śmierć Elvisa? Michael żyje, ukrywa się w Afryce, Meksyku albo na Dalekim Wschodzie. Uciekł przed wierzycielami, procesami, pisze nowe piosenki, poddał się kuracji czarownika, który przywrócił mu zdrowie i wygląd z połowy lat 80. Mit robi swoje. Nawet w XXI wieku.
Trzy płyty. Tylko tyle wystarczyło mu by stać się królem. 33 miliony sprzedanych egzemplarzy "Thrillera" muszą budzić respekt. Ale też nakłady na wylansowanie Michaela były dużo większe niż miało to miejsce wcześniej. Gdyby Beatlesi czy Elvis mieli takie budżety (i Quincy Jones jako producenta)... Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że sam Jackson i jego pozycja w show-biznesie są w pewien sposób przecenione. W ostatnim 20-leciu w jego karierze muzycznej nie wydarzyło się nic, co dawałoby podstawy do dalszego tytułowania go "królem pop". To nie jest dziedzina w której króluje się dożywotnio, chyba, że umiera się odpowiednio wcześnie. Jemu nie do końca się to udało.
Król pop, ale też król dziwaków. Być może w dziejach kultury masowej były gwiazdy, nawet tego formatu, którym "odbijało" jeszcze bardziej, ale skuteczniej ukrywano to przed opinią publiczną. Psychiczne kalectwo Jacksona pokazane i opisane było bez osłonek. Chcąc nie chcąc, wszyscy uczestniczyliśmy w tym żałosnym spektaklu.
To smutna historia z wielkimi pieniędzmi w tle i bez happy endu. Jedyne co w niej może pocieszać nas, szaraków, to właśnie morał, że młodości, zdrowia, wiecznego życia, nie można sobie kupić za żadne pieniądze. Natura jest nieprzekupna. Czego - jak dowodzi historia jego procesów o pedofilię - nie można powiedzieć o sprawiedliwości.