Pan Władek to Marysia. Historia Władysława Ornowskiego

    Pan Władek to Marysia. Historia Władysława Ornowskiego

    Irena Łaszyn

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Władysław Ornowski
    1/2
    przejdź do galerii

    Władysław Ornowski ©Archiwum

    Uczniowie pomorskich szkół proponują, by został rzecznikiem praw dziecka. Już pisali w tej sprawie do marszałka Sejmu.
    Pan Władek nie mówi nie, ale jakoś specjalnie w ministry się nie pcha. On w Warszawie, za biurkiem, w garniturze i z laptopem?! Koniec świata! Chyba że mógłby pracować w terenie i robić mnóstwo fajnych rzeczy. Nie dla siebie, dla dzieci.

    Bo dzień Władysława Ornowskiego, prezesa Fundacji Pomocy Społecznej na rzecz Dzieci "Pan Władek" wygląda tak: Wstaje o godz. 5.30. O godz. 7 jest już w gdyńskiej chłodni, by odebrać mrożone frytki, placki i inne frykasy.

    Czeka tego 10 ton, więc do renaulta traffic się nie zmieści. Potrzebny samochód ciężarowy. Taki samochód można wypożyczyć za niewielkie pieniądze, bo pana Władka wszyscy znają i wiedzą, że on ten towar nie dla siebie bierze, tylko dla biednych. No więc samochód się znajduje, a razem z nim Adam, wolontariusz.

    Załadunek trwa do godz. 8. Potem - jazda na gdańskie Stogi, gdzie fundacja "Pomóż sobie i innym" prowadzi kuchnię dla ubogich. Mrożonek jest na tyle dużo, że wystarczy jeszcze dla paru szkół za Gdańskiem, byle rozwieźć to w dwie godziny. Trzeba bowiem pędzić do Brzeźna i odebrać Szwedów, którzy przyjechali z darami.

    Dary ważą siedem ton, część trafi do potrzebujących w Gdańsku, część - do Szymonowa pod Ostródą, gdzie zaprzyjaźnione stowarzyszenie prowadzi dom dla dzieci. Spod Ostródy wracają o godz. 18 i czekają na dzieci z Bieszczad, Nowego Łupkowa, którym zorganizowali pobyt w Trójmieście. Dzieci jest ok. 30, będą spać w parafii św. Antoniego w Gdańsku Brzeźnie. Autokar się spóźnia, dociera dopiero o godz. 21, więc pan Władek wraca do domu grubo po północy.

    O godz. 5.30 musi wstać…
    W Porcie Gdańskim, w którym pracuje od 40 lat, praca jest na zmiany. Po nocy przysługują dwa dni wolne, więc na pomaganie ma czas. Gdy przejdzie na emeryturę, to dźwignie jeszcze więcej.

    Twierdzi, że nie jest zmęczony, bo dobro ma w sobie wielką moc, a rozdawane - wraca. - To dzieci ładują mi akumulatory - uściśla.

    Nie powie natomiast, ilu ma tych podopiecznych, bo nie prowadzi buchalterii. Jeździ - koniecznie trzeba podkreślić, że z żoną Marysią - po całym woj. pomorskim, a nawet dalej. W ciągu ośmiu miesięcy zrobili 37 tys. kilometrów.

    Bywają w Gorzowie Wielkopolskim, Nowem, Świebodzinie i Poznaniu. Tam, gdzie dobrzy ludzie mają coś do podarowania. Pięć palet gumy do żucia, mąki albo soków. Rocznie rozdają dary warte ponad milion złotych. Port Gdański, w którym pan Władek pracuje, często proponuje owoce.

    W któryś piątek dostali dwie tony bananów, na tyle dojrzałych, że już do poniedziałku nie powinny leżeć. Zadzwonił więc do pewnego domu opieki społecznej, że niebawem towar przywiezie. "Ci mi pan d… zawraca po piętnastej?" - zdenerwowała się dyrektorka.

    No więc zajechali z tymi bananami na Orunię, zaparkowali na chodniku i zaczęli rozdawać dzieciom prosto z wozu. - Urzędnicy mnie czasami denerwują - nie ukrywa pan Władek. - I nieżyciowe przepisy.

    Takie na przykład, które nakazują hipermarketom niszczyć żywność, gdy termin ważności wkrótce się kończy, choć można by to jeszcze błyskawicznie rozwieźć i podarować biednym.

    Denerwuje go też pobieranie opłat za… korzystanie z toalet. - Gdybym został rzecznikiem praw dziecka, zwróciłbym się do właścicieli lokali, by dzieci mogły korzystać z takich przybytków za darmo - oświadcza. - My mnóstwo maluchów przywozimy na wakacje.

    - Taki dzieciak ma niekiedy 5-10 złotych kieszonkowego na cały pobyt, nie stać go, by płacić za sikanie.
    - Była rzecznik praw dziecka miała inne zmartwienia, nie lubiła na przykład teletubisia z czerwoną torebką.
    - Ja czerwony kolor lubię, co nie znaczy, że w każdy piątek będę paradował w czerwonych skarpetkach. Generalnie jednak to takimi sprawami nie chciałbym się zajmować.

    Pomagać innym zaczął już podczas strajków w sierpniu 1980 roku. W stanie wojennym tę działalność rozwinął, wspierając rodziny represjonowanych. A potem to już samo się kręciło. Hasło "Pan Władek" otwierało różne drzwi.

    Ale nie wszystkie. W 1996 roku założyli fundację, by łatwiej dogadywać się z agendami rządowymi i niektórymi instytucjami. On został prezesem, Marysia wiceprezesem, biuro otworzyli we własnym mieszkaniu, dokładnie - w sypialni.

    Zbierają i rozdają dary, prowadzą bank żywności, organizują kolonie, obozy i festyny dla dzieci. Często wspierają ich wolontariusze, ale równie często robią to sami. We dwójkę.

    - Bez Marysi nie dałbym rady - podkreśla Ornowski. - Wszystko robimy razem, bo oboje jesteśmy zakręceni. Pan Władek to Marysia, a Marysia to pan Władek.

    Małżeństwem są od 1974 roku. Bardzo szczęśliwym. - W naszym życiu nigdy nie było zawieruchy - podkreślają zgodnie. I natychmiast chwytają się za ręce, przytulają. Oni tak zawsze, od trzydziestu paru lat.

    - Nie mamy większych problemów - zapewniają. - Nasze dzieci są w Polsce, nie uciekły za granicę. Wnuki rosną, zaczynają nam pomagać. Wszyscy się do nas uśmiechają. To nasz majątek. Nasz sukces.

    Mieszkają w bloku, na 50 m kw., z córką, zięciem i wnukami. Ale planują postawić dom w Mierzeszynie. Tam jest ich ojcowizna. Tam są korzenie. Może wrócą do pomysłu sprzed lat, by otworzyć dom dla dzieci, które domu nie mają?

    Myśleli o tym już kilkanaście lat temu, ale wtedy jedno z dzieci, które zabrali na wakacje, powiedziało coś, co ich przystopowało: Nie powinniście zamykać się w swoim domu, bo dobrze będzie mieć tylko kilkanaście osób.

    A co się stanie z resztą? Nadal więc szukają pomysłu na ten dom. Taki, który niczego nie zamyka. Niektórzy podpowiadają, że wystarczy pana Władka sklonować.

    Dzieci go uwielbiają. To one sprawiły, że 25 czerwca 2005 roku, w dniu 52. urodzin, został Kawalerem Orderu Uśmiechu. - Najbardziej się bałem soku z cytryny - wyznaje. - Tego, czy za bardzo się nie wykrzywię, gdy dadzą mi go do picia. Okazało się jednak, że to była najsłodsza cytryna w życiu.


    Władysław Ornowski - szef fundacji dobroczynnej "Pan Władek"
    Nominowany za nieustającą, bezinteresowną pomoc, oddanie i miłość okazywane dzieciom pokrzywdzonym przez życie, co znalazło swój wyraz w zgłoszeniu jego kandydatury na stanowisko rzecznika praw dziecka

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama