Zobaczyć więcej

    Zobaczyć więcej

    Artykuł sponsorowany

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Zobaczyć więcej
    1/2

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ‒ Oczekuję, że jeśli społeczność lokalna będzie się miała lepiej, to i mnie będzie lepiej ‒ o pomnażaniu dobra i swoim lokalnym patriotyzmie, opowiada Krzysztof Szota, przedsiębiorca i Inwestor Społeczny z Gdańska.
    Katarzyna Osiadło, SZLACHETNA PACZKA: ‒ Pan jest biznesmenem czy osobą prywatną? W ogóle można to rozdzielić?
    Biznesmen i osoba prywatna to jedno. Tego naprawdę nie da się rozdzielić. Zresztą biznesmen to bardzo abstrakcyjne słowo. Ja się nim nie czuję. Prowadzę działalność gospodarczą, jestem przedsiębiorcą, doradcą podatkowym, zatrudniam trzy osoby, obsługuję około siedemdziesięciu podmiotów. Cóż, ustawodawca nie zawsze jest racjonalny… Ja na przykład muszę nowy przepis zinterpretować natychmiast, podczas gdy wszelkie instytucje kontrolujące mają na to miesiące, lata. Po tym okresie linia interpretacji jest ustalona. To ja podejmuję ryzyko. Jestem jednak szczęśliwy, gdy zapowiadają uproszczenie podatków (śmiech). Jest wtedy znacznie więcej pracy.

    Zawsze miał pan taką wizję życia zawodowego?
    Ależ skąd, o moim życiu decydowały też przypadki. Skończyłem szkołę średnią o specjalizacji monter kadłubów okrętowych. Interesowało mnie szkutnictwo, w dzieciństwie budowałem modele statków pływających, startowałem w wielu zawodach. Należało postawić model, w tym żagle, a potem sterować nim tak, by trafić w bramki ustawione sto czy dwieście metrów na jeziorze. Wybrałem jednak studia ekonomiczne. W tamtym okresie to wcale nie gwarantowało lepszej przyszłości.

    Co skłoniło Pana, by pomagać innym?
    Jestem zdania, że naszymi wyborami, w pierwszej kolejności, rządzą impulsy. Działam często spontanicznie. Czy zna pani to uczucie, że spotyka pani pierwszy raz osobę i już ją pani nie lubi? A przecież nie zna Pani jej, nic o niej nie wie, nic Pani nie zrobiła. Nie wynika to z koloru skóry, pochodzenia, wzrostu, to bliżej nieokreślony impuls. Bywa też, że spotykamy kogoś pierwszy raz i od razu jest chemia. Podobnie jest z programami pomocowymi. Nie tylko z samą pomocą, ale i z prośbą o pomoc trzeba trafić we właściwy moment. Dziś liczba osób, fundacji zwracających się do firm o pomoc, jest porażająca.

    A pan wybrał Inwestora Społecznego, nowy projekt Stowarzyszenia WIOSNA Księdza Jacka Stryczka. Dlaczego?
    Nie, najpierw była AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI – też jeden z projektów ks. Stryczka. Ufundowałem dwa Indeksy dla dzieci z problemami w szkole. Dzięki temu mogły rozwijać się w ramach Akademii. Znów zapyta pani o motywację. Wracam do przykładu z pierwszym wrażeniem. Wszedłem na stronę internetową AKADEMII i ją polubiłem. Za tą inicjatywą stoją konkretne osoby. Nie jest to pomoc dla instytucji niezidentyfikowanej. W wielu fundacjach istnieje obawa, że nie wiadomo, kto tym zarządza, i jak to robi. Łatwiej pomagać, nawet jeśli nie widzi się beneficjenta, jeśli jest on jakoś psychicznie zmaterializowany. Mam na myśli to, że coś wiemy, na przykład o dziecku, któremu pomagamy. Ono ma jakąś historię, problem, jest mi wtedy autentycznie łatwiej. Pomoc księdza Stryczka wskazuje konkrety. Mam wiedzę, jak zostały wykorzystane moje pieniądze. Jak poszło dziecku w Akademii, jak się miewa.

    Dołącz do grona Inwestorów Społecznych i zmieniaj świat na lepsze >>

    Należy pan do grona Inwestorów Społecznych, dla których element lokalności jest ważny?
    Lubię, gdy ta pomoc trafia do mojej społeczności. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wszędzie są potrzebujące osoby. Ale ja muszę podjąć jakiś wybór. Wolę w takiej sytuacji wspierać moje otoczenie, nie umniejszając w żadnej mierze komuś, dajmy na to, z Bieszczadów czy z Ameryki Południowej. Oczekuję, że jeśli społeczność lokalna będzie się miała lepiej, to i mnie będzie lepiej. Inwestor Społeczny to chęć zaangażowania się lokalnie. Wynika to z lokalnego patriotyzmu, z przywiązania do Gdańska, z chęci pomocy współplemieńcom. Kibicuję naszym piłkarzom, wspieram miejscowych artystów. Wszystkim pomóc się nie da. Ilość środków, którymi dysponujemy, jest ograniczona. Jeśli mam za ścianą ludzi, którzy potrzebują pomocy, to komu mam pomagać? Aczkolwiek czasem trudniej pomóc temu za ścianą…

    Pomagając swojemu otoczeniu, widzi pan rezultaty swoich działań?
    Tak. Obserwuję, czy coś się poprawia i widzę rezultaty. Czasem pomoc niestety nie przynosi zakładanych skutków. To dla wielu jest trudniejsze, wolą żyć w przekonaniu, że wykonali dobrą robotę, wysyłając na przykład trzysta dolarów do Afryki.

    Intryguje mnie, dlaczego Pan nie chce ujawniać swojego nazwiska beneficjentom.
    Nie oczekuję funkcjonowania w tej dziedzinie jako osoba znana z imienia i nazwiska. Wolę, gdy w Akademii pomoc realizuje się za pośrednictwem tutora-wolontariusza. Dzieci kilkakrotnie dostały ode mnie coś ekstra z okazji urodzin, ale nie wiedzą, kim jestem. Powód jest jeden: nie oczekuję nic w zamian. Ujawnienie się przed osobą, która otrzymała pomoc, może powodować chęć odwdzięczenia się. Wolę, by te osoby, owszem, miały zobowiązanie, ale nie wobec mnie, a w ogóle, wobec innych.

    W ten sposób można pomnażać dobro?
    Nie oczekując reakcji zwrotnej. Byle zapoczątkować łańcuch. Wypuścić dobrą energię, która pracuje dalej i pomnaża efekty. Trzeba komuś dać kopa, nie da się za nikogo przeżyć życia. Nie dokładałbym do moich działań wielkiej filozofii. Zejdźmy na Darwina, naprawdę, to w gruncie rzeczy prymitywne odruchy. Oczywiście potem pojawia się analiza, refleksja, ale najpierw jest impuls, czas, miejsce, w które wstrzeliła się idea. Tak jak z zakupami – człowiek idzie przez sklep i nagle wybiera produkt. Ten impuls zapoczątkowuje wspomniany łańcuch.

    A pan otrzymał kiedyś taką dobrą energię?
    Pewnie! Choćby w czasie pogrzebu Jana Pawła II. Zapadła decyzja, że chcę jechać do Rzymu. Stałem w kolejce na PKP, ale okazało się, że zabrakło biletów. Pewna pani zaproponowała mi pomoc swojej córki, która miała dostęp do biletów. Ta pani zadzwoniła do mnie koło północy, czy jestem dalej zainteresowany. Pojechałem do Włoch autobusem z Gdańska tylko dzięki niej. Nigdy więcej jej nie spotkałem. Ledwo zdążyliśmy do Rzymu. Zabłądziliśmy w mieście, były korki, ogólne zamieszanie. Byliśmy ostatnią grupą, za nami zostały zamknięte drzwi.

    Pewnie przywiózł pan sporo zdjęć?
    Chyba jednak więcej przywiozłem z Chin. Tak, jestem pasjonatem fotografii. Skończyłem szkołę fotografii, byłem w Chinach na wyjeździe fotograficznym, nawet udało się pokazać te prace na wystawie w Toruniu.

    Wychodzi pan z aparatem na ulice Gdańska, między ludzi?
    Dziś rzadziej, mam dużo pracy. Ale swego czasu brałem udział w wydarzeniu o nazwie „Fotoday”, podczas którego fotografowało się obiekty, do których normalnie nie ma wstępu. Na przykład zajezdnię tramwajową, zaplecze teatru. W Gdańsku pojawiało się nawet sto, dwieście osób. Jeśli obejrzy się potem te zdjęcia, okazuje się, że wszyscy widzieli coś zupełnie innego. To niesamowite. Ale to uniwersalna prawda.

    Dołącz do grona Inwestorów Społecznych i zmieniaj świat na lepsze >>

    Lubię Polskę za jej pracowitość, przedsiębiorczość. Wielu Polaków skutecznie dorabia się albo już się dorobiło. A teraz dokonuje się kolejny przełom, związany z nowym spojrzeniem na dorobek. Jeszcze do niedawna marzeniem wielu były: wielki dom, drogi samochód. A teraz wystarczy mniejsze mieszkanie, rower, a w zamian za to więcej podróży i przeróżnych pomysłów na samorozwój. Dorobek zamienia się na potencjał inwestycyjny, potrzeba posiadania rzeczy – na życie z pasją. To już się dzieje w naszym kraju. A ja już marzę, wyobrażam sobie, jak będzie, gdy trend zamieni się w standard. „Nie jestem w stanie pomóc wszystkim, dlatego wybieram tych potrzebujących, którzy są najbliżej. Działam lokalnie, bo jeśli społeczność lokalna będzie się miała lepiej to i ja będę się miał lepiej” – powiedział Krzysztof Szota, nasz Inwestor. Odkrył, że potencjał inwestycyjny, który zbudował, może zmieniać świat. Angażując się jako Inwestor Społeczny w AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI pomógł zbudować rejon Gdańsk, czyli grupę wolontariuszy, którzy potem pracowali z dziećmi, by przeprowadzić je od porażek w szkole, do sukcesu w życiu. Dorobek to powód do dumy. Teraz można się nim dzielić, inwestując w lokalną społeczność.


    - Ksiądz Jacek WIOSNA Stryczek, przywódca SZLACHETNEJ PACZKI i pomysłodawca projektu Inwestor Społeczny.

    By zostać Inwestorem Społecznym wejdź na stronę www.inwestorspoleczny.pl

    Tam wybierasz rejon bliski Twojemu sercu i projekt, który chcesz wesprzeć jednorazową wpłatą.



    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    NASZE AKCJE

    Wideo